Czy da się opowiadać ciekawie o branży technologicznej? Czy można prowadzić podcast w biznesie IT? Jak dotrzeć do programistów, którzy nie są zbyt aktywni w Social Media?

Mam nadzieję, że nikt nie obrazi się za tytuł tego odcinka podcastu, ale dla wielu jest to trudna, a wręcz czasem nudna działka. Mam na myśli programowanie, które w pewnym sensie może się kojarzyć z nieustannym klepaniem kodu. Ja wiem, że tak nie jest, wie to też mój rozmówca Krzysztof Kempiński, którego możesz znać z podcastu “Porozmawiajmy o IT”.

 

 

W 44 już odcinku podcastu FIRMA ON-LINE “Jak ciekawie opowiadać o “trudnej branży?” poruszamy takie tematy jak:

1. Jak opowiadać o “nudnej branży”? Czyli jak opowiadać np. o tematach technicznych?
2. Czy przez podcast da się nauczyć programować?
3. Jakie tematy poruszyć w branży IT aby zaciekawić słuchacza?
4. Czy tworzyć treści po polsku czy po angielsku?
5. Jaki typ treści spotyka się z największym feedbackiem od słuchaczy, czytelników czy oglądających? Gdzie najczęściej zostawiają komentarze lub toczą się dyskusje?
6. Jak zachęcać do komentowania odcinków podcastów?
7. Jak promować podcast  biznesowy o IT? Jak dotrzeć do osób, które nie są aktywne w Social Media?
8. Czy warto inwestować w płatną reklamę na Facebooku?
9. Jak wykorzystać podcast w biznesie technologicznym?
10. Czy podcasty mają szansę osiągnąć sukces w Polsce, sukces taki jak Youtube?
11. Jakie korzyści daje firmom tworzenie podcastu?

Jestem ciekawa Twojej opinii o podcastach o takiej tematyce? Słuchasz może podobnych?

Ten odcinek jest kolejnym odcinkiem z cyklu, który współtworzę z magazynem Marketer+ w celu rozpowszechnienia podcastów w Polsce.

podcast biznesowy w IT

Zachęcam Cię do wysłuchania dwóch poprzednich odcinków z owego cyklu o podcastach w biznesie:

Z kolei na stronie Marketer+ znajdziesz 2 artykuły o tym jak wykorzystać podcast biznesowy w promocji firmy:

No i zerknij na stronę Pyrcaster.pl i przeczytaj o spotkaniu fanów podcastów (podcasterów, przyszłych podcasterów i słuchaczy) w Poznaniu – to już 11 czerwca 2019 r.! Temat przewodni to podobono podcast biznesowy ale także jak nagrywać podcasty i je montować.

Krzysztof Kempiński w Internecie:

 

 

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

 

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

Audyt UX czy też inaczej audyt strony internetowej to temat zawsze aktualny i bardzo istotny z perspektywy wzrostu konwersji. I właśnie o audycie strony internetowej rozmawiam z Damianem Ramsem, którego miałeś okazję poznać w 33 odcinku podcastu.

 

 

Przeczytaj transkrypcję odcinka Czy twoja strona potrzebuje audytu UX?” tutaj >>

Poprzednim razem poruszyliśmy kwestie analityki, użyteczności, testów AB w ujęciu takim ogólnym. W tym odcinku skupiamy się na tym jak sprawdzić dlaczego konwersja jest niska lub spada, jak przeprowadzić badania użyteczności strony i jakie narzędzia warto wykorzystać podczas audytu strony internetowej.

Tak przy okazji poprzednia rozmowa z Damianem spotkała się z naprawdę dużym odzewem od Was i prośbami o więcej, tak więc jest więcej i tematu i Damiana 😉

Z odcinka “FO 043 Czy twoja strona potrzebuje audytu UX?” dowiesz się:

  • Czym jest audyt strony?
  • Jakie są rodzaje audytów stron internetowych?
  • Czym się różni audyt UX od audytu e-commerce?
  • Kiedy warto wykonać audyt strony internetowej? Jakie są oznaki, że warto taki audyt wykonać?
  • Czy audyt strony internetowej lub sklepu możemy wykonać sami?
  • Jak poszukać specjalisty, który przeprowadzi audyt ux, jak zweryfikować czy zna się na robocie?
  • Na co należy zwrócić uwagę podczas audytu strony internetowej?
  • Czy istnieje dobra checklista rzeczy do sprawdzenia podczas audytu UX?
  • Czym są badania z użytkownikami?
  • Dlaczego warto przeprowadzać badania z użytkownikami podczas audytu strony internetowej?
  • Czym jest heurystyka jeśli chodzi o UX stron internetowych?
  • Ile osób powinno wziąć udział w badaniu z użytkownikami?
  • Ile trwa badanie z użytkownikami?
  • Jakie są wady i zalety nagrań zachowania użytkowników na stronie?
  • Na czym polegają badania z użytkownikami?
  • Jak zrobić badania z użytkownikami / testy użyteczności przy mniejszym budżecie?
  • Jakie narzędzia wykorzystać w czasie audytu UX?
  • Jak wybrać osobę/firmę zewnętrzną, która przeprowadzi audyt UX?
  • Ile kosztuje Audyt UX?

Poprzedni odcinek z Damianem: A co Ty wiesz o analityce internetowej?

Jestem ciekawa jakie Ty masz doświadczenia z audytami stron internetowych. Robiłeś? Planujesz robić audyt UX? A może szukasz specjalisty? Ja Damiana szczerze polecam, bo miałam okazję z nim współpracować.

Czy twoja strona potrzebuje audyt UX

Jeśli masz jakieś pytania do Damiana to uderzaj do niego śmiało, najwyżej nie odpisze lub wystawi FV. A tak serio poniżej wklejam linki do miejsc, gdzie Damiana można łapać.

Jeśli spodobał Ci się ten odcinek i uważasz, że jest wartościowy to prześlij go znajomym również zainteresowanych tematem audytu stron internetowych oraz konwersji. Będzie mi miło także jak podzielisz się swoją opinią o podcaście na iTunes lub w innej aplikacji do słuchania podcastów (poniżej piszę jak to zrobić). Niewiele Cię to kosztuje, a wywoła uśmiech na mojej twarzy 🙂

Narzędzia przydatne podczas audytu UX:

  • Smartlook
  • HotJar
  • Usability Hub
  • Google Analytics

Książka, którą poleca Damian:
Nie każ mi myśleć! O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych, Steve Krug

Artykuły polecane przez Damiana dotyczące audytu UX:

Damian w sieci:

 

 

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

——————————————————————————

Transkrypcja odcinka Czy twoja strona potrzebuje audytu UX?

Rozmawiamy o tym jeszcze jak przeprowadzić badania użyteczności strony z użytkownikami i jakie narzędzia warto wykorzystać podczas audytu strony internetowej. Tak przy okazji, poprzednia rozmowa z Damianem spotkała się z naprawdę dużym odzewem od Was i prośbami o więcej. Tam jest więcej tematu i więcej Damiana. Nie przedłużając zapraszam do słuchania. Cześć Damianie.

Cześć.

Cieszę się, że znowu możemy porozmawiać. Ostatnio rozmawialiśmy o analityce internetowej, ale tak ogólnie o testach AB, trochę o Google, o managerze i też o takich dziwnych tematach jak atrybucja konwersji. Poruszyliśmy jeszcze kilka innych rzeczy. Dzisiaj chciałam Cię zapytać o audyty stron internetowych. Mieliśmy ostatnio okazję trochę o tym rozmawiać, przy jednym z niedoszłych klientów. Chyba na szczęście niedoszłym. I tak od słowa do słowa do tego zeszło. Chciałam się właśnie Ciebie spytać co to są te audyty?

Tak więc audytów przeróżnych, które można zrobić na stronie internetowej jest dość sporo. Jeśli rozejrzymy po rynku, po usługach jakie są oferowane to na pewno możemy wyróżnić audyty SEO, audyty e-commerce, audyty szybkości stron, audyty contentowe, audyty treści. Jest tego cała masa.

Natomiast audyty UX, o których będziemy mówić dzisiaj, to są audyty skupione przede wszystkim na doświadczeniu użytkownika w serwisie, skupione na tym, aby poprawiać design strony, jej nawigację, hierarchię wizualną elementu czy redukować niepotrzebne ze strony i upraszczać tą ścieżkę użytkownika. Audyty UX właśnie się tym na przykład wyróżniają od audytów SEO, że się skupiają na tym, co się dzieje na stronie po tym jak użytkownik na nią wejdzie.

Audyty UX skupiają się na tym, co się dzieje na stronie po tym, jak użytkownik na nią wejdzie

Mam taki problem jak widzę te różne audyty – audyt e-commerce, audyt treści, audyt szybkości. Chyba też jest audyt użyteczności i mam takie wrażenie, że jest to rozdrobnienie marketingowe.

Właśnie tutaj dochodzimy do takiego wniosku. Myślę, że wspólnego 🙂 . Bo ja też jak sobie obserwuje różnego typu usługi i ich zakresy, to naprawdę się różni od firmy do firmy, jakby od specjalisty do specjalisty i jak ten zakres tych audytów jest definiowany. Faktycznie on się czasem zazębia. Powiedzmy między audytami treści czy contentowymi, audytem UX, w którym też się w zasadzie ocenia czasem jakość treści na stronie, jakość copywritingu. P

roponuje się zmiany w tym zakresie, żeby na przykład dana usługa, która jest opisana na stronie była opisana prostszym językiem w zrozumieniu, aby ta treść była ułożona w taki bardziej przejrzysty sposób. Tutaj w zasadzie dochodzimy do takiego punktu, gdzie ja sam mam przykład, gdzie to, co oferuje jako audyt UX tak naprawdę zagranicą nazywało się by się powiedzmy conversation research. Nie skupiają się w audytach UX, tylko i wyłącznie na takiej checkliście powiedzmy dobrych praktyk, czy elementów, które dobry serwis pod kątem użyteczności musi spełniać. Tylko idę krok dalej i staram się rekomendować rzeczy, które rzeczywiście mogą przełożyć się na wyższą sprzedaż, na wyższą konwersję w serwisie, a nie tylko na takich aspektach, które sprawiają, że ten serwis jest powiedzmy zrobiony według rynkowych standardów, najlepszych praktyk, najnowszych trendów UX i design.

To jest trochę skrajny przykład, bo oczywiście nie każdy audyt UX na rynku to jest tylko checklista dobrych praktyk, ponieważ tych różnych analiz jakościowych, analiz prowadzonych z użytkownikami różnych badań jest sporo. Zależnie od firmy, zależnie od oferty ten zakres się różni.

Natomiast da się też znaleźć audyty bardzo proste, gdzie po prostu mamy sprawdzoną stronę i według checklisty 40 punktów – albo strona spełnia założenie dla danej wytycznej lub nie. Na bazie tego później mamy wynik jakości tej stron i rekomendacji co na niej zmienić lub nie. Natomiast niekoniecznie są to rzeczy związane po prostu stricte ze zwiększeniem konwersji, z rekomendacjami, które mają zwiększyć sprzedać.

Natomiast to, co jest ciekawe, to w momencie kiedy się zastanawiałem jak tą moją usługę nazwać i opisać żeby ktoś ją w ogóle znalazł, żeby ktoś zrozumiał o co chodzi to stwierdziłem, że nazwę ją audyt UX, bo to jest coś, co jest dość powszechnie znane z branży, jako typ usługi, którą można sobie zamówić. Klienci generalnie rozumieją o co chodzi. Gdybym to nazwał, nawet nie wiem jak po polsku to przetłumaczyć – analiza konwersji czy coś takiego. Wyszukiwań tej usługi w Google byłoby sporo mniej. Ja też pewnie gdybym komuś powiedział co robię, to nie miałby tego szybkiego zrozumienia.

Wydaję mi się, że jest sporo specjalistów czy firm, które mają swoje metodologię, swoje podejście do tego jak taką stronę zaudytować pod kątem UX, jakich użyczyć do tego metod badań, analiz. Natomiast ze względów takich jak przytoczyłem, czyli ułatwienie zrozumienia tego czym ta usługa jest. Bardzo dużo usług o różnym zakresie trafia pod ten sam parasol, czyli pod nazwę audyt UX. Przez to też zakresy audytów o troszkę innych nazwach mogą się pokrywać. Definicja tego audyt UX jest dość płynna.

 

W momencie, kiedy widzimy, że ruch na stronie jest na dobrym poziomie, to warto pomyśleć o audycie UX

Kiedy powinniśmy pomyśleć o takim audycie UX użyteczności strony?

Rekomendowałbym audyt UX w momencie, kiedy widzimy, że ten ruch na stronie jest na dość dobrym poziomie. Widzimy, że na wszelkie słowa kluczowe w Google Ads, w bezpłatnych wynikach wyszukiwaniach czy od grup odbiorców na Facebooku, na którym nam zależy, ściągamy sporo ruchu i widzimy zwiększanie budżetów na pozyskiwanie ruchu z tych kanałów raczej powoduje, że ta konwersja nam spada, bo ten ruch nie jest takiej dobrej jakości.

Widzimy, że jesteśmy w takim trochę martwym punkcie, bo zwiększanie nakładów na reklamę, na pozyskiwanie ruchu nie daje efektów. Natomiast poziom konwersji z tego ruchu, który mamy w serwisie sprawia, że ten biznes jakoś super się nam nie spina. Wtedy to jest taki sygnał, że biznes onlinowy jest w punkcie, kiedy trzeba trochę tą stronę internetową podrasować, żeby z tej grupy osób, które już na nią ściągamy, którzy są najprawdopodobniej w naszym targecie są zainteresowani tym, co my sprzedajemy, co oferujemy. Tak żeby większą część z nich po prostu przekonać.

To jest taki dobry moment, żeby właśnie popracować nad tym, żeby nasza strona lepiej komunikowała ofertę, żeby lepiej odpowiadała na pytania jakie Ci użytkownicy mogą mieć, żeby nie pozostawiała im wielu wątpliwości co do tego, dlaczego warto u nas coś kupić czy zamówić jakąś usługę.

Aby te wszystkie istotne informacje, których ktoś potrzebuje do podjęcia decyzji były łatwo dostępne. Nie oszukujmy – się użytkownicy są leniwi i my jesteśmy leniwi w internecie. Zwłaszcza, kiedy robimy sklepy i powiedzmy w sklepie internetowym nie widzimy jak na dłoni na karcie produktu ile będzie nas kosztować wysyłka i kiedy ta paczka zostanie mniej więcej wysłana, czy możemy ją odebrać w paczkomacie czy też nie, to jest część użytkowników, którzy nawet jeśli produkt będzie im się super podobał to nie zadadzą sobie tego trudu, żeby szukać w stopce linku do podstrony formy dostawy.

Nawet jeśli sobie ten trud zadadzą, a tam zamiast takiej prostej tabelki napotkają na gigantyczną ścianę tekstu z opisem tych warunków, to najprawdopodobniej ten serwis opuszczą. Chociaż produkt im się podoba, czy mamy dobrą ofertę względem oferty, to ze względu na brak wygody w korzystaniu z serwisu, po prostu kupią gdzie indziej. To widzę właśnie u klientów takich e-commerce’owych, gdzie nawet robimy testy AB, skupione na tym, żeby nawet nie tyle wdrażać jakieś elementy, które są związane z takimi technikami perswazji, typu “Ostatnie dwie sztuki to kup teraz!”, bo inaczej nie będziesz mieć okazji i produkt się skończy. Tylko jeszcze krok wcześniej, czyli nastawienie na taką czytelność, na łatwą dostępność tych informacji, takich wręcz podstawowych potrzebnych do podjęcia decyzji. W momencie, kiedy to testujemy na kartach produktu, to daje te efekty i ta konwersja idzie do góry.

Najczęściej nie są to gigantyczne wzrosty, ale takie wzrosty w okolicach 10% współczynnika konwersji są możliwe do zrobienia nawet takimi metodami. W momencie kiedy widzimy, że ten współczynnik konwersji nie do końca nas satysfakcjonuje i myślimy, że dałoby się trochę więcej z tego wyciągnąć i poprawić rentowność firmy bez zwiększania nakładów na ruch, to jest dobry moment, żeby ten audyt UX u kogoś zamówić czy przeprowadzić samodzielnie.

Dlaczego? Dlatego, że jeśli się daną stronę internetową zajmujemy na co dzień, czy z danym biznesem pracujemy na co dzień, to dla nas jest to oczywiste, że ta firma oferuje dostawy do paczkomatu. Albo, że od 150 złotych dostawa jest za darmo. Albo, że czas realizacji jakieś usługi to jest 5 dni roboczych i zapominamy o tym, że ktoś, kto przychodzi na tę stronę i widzi ją pierwszy czy drugi raz, to on tego nie wie. On nie zna na pamięć tych wszystkich informacji. Jeśli nie będzie ich miał, to być może nie kupi.

Dlatego wtedy istotne jest takie spojrzenie osoby z zewnątrz bądź po prostu. Jeśli chcemy taki audyt UX zrobić samodzielnie, czy po prostu zlecić komuś go wewnątrz naszego zespołu czy pracownikom to istotne jest to, żeby wyjść do użytkowników i to ich zapytać o to, co na tej stronie powinniśmy zmienić. Jakich informacji nie mogą znaleźć, czego szukają i co jest trudno dostępne. Naprawdę skupić się nie na naszych opiniach i pomysłach, które gdzieś tam sobie sami wymyślamy na open space przy swoim biurku. Tylko schować trochę do kieszeni dumę. Może powiem inaczej, żeby troszkę nabrać pokory do tych naszych wizji tego, że jesteśmy nieomylni. Po prostu wyjść do użytkowników i to ich zapytać. Na bazie tej informacji zwrotnej zmienić w serwisie to, co nie działa.

Odnośnie tego, że nie patrzeć tylko przez pryzmat tego co my uważamy – w marketingu jest bardzo ważne. “Ja nie użyłam tej aplikacji, to na pewno tam moich klientów nie ma”. Albo na mnie to nie działa, albo mi się nie podoba, to też pojawia się bardzo często. My wiemy, że ściana tekstu, w opisie form i kosztów dostawy to jest zło. Ale tak naprawdę taki przedsiębiorca czy osoba prowadzącą sklep internetowy o wielu rzeczach nie ma pojęcia. Powiedziałeś o takich checkliście, dobrych praktykach. Czy jest właśnie taka checklista rzeczy, na które trzeba lub powinno się spojrzeć podczas takiego audytu?

Tak. Myślę, że jak sobie w Google wpiszemy checklista UX, zwłaszcza w języku angielskim, to znajdziemy masę takich gotowych materiałów. Myślę, że tam mogę spokojnie odesłać. Tylko też trzeba zwrócić uwagę na to, że to, że powiedzmy na jakiejś checkliście tam jest 120 elementów, to nie oznacza, że my musimy faktycznie przejść każdy bardzo dokładnie. Tylko trzeba tutaj mieć wyczucie, co rzeczywiście będzie istotne, a co nie.

Właśnie tutaj przydają się te badania z użytkownikami czy też analizy ilościowe tego, co się dzieje w serwisie. Może to być obserwacja nagrań sesji użytkowników w różnych narzędziach ,żeby zobaczyć gdzie ten problem się znajduje.

Dopiero później możemy sobie faktycznie poszukać dobrych praktyk pod tym kątem. Jeśli ktoś nam powie w ankietach czy może zrobimy sobie badania z użytkownikami w ten sposób, że kogoś zaprosimy i pokażemy mu nasz serwis. Powiemy: “Zrób tam zakupy, kup sobie buty w kolorze brązowym i opowiadaj co Ci się tam nie podoba, czego nie możesz znaleźć, z czym masz problem”. To jeśli to zrobimy, to będziemy wtedy widzieli problematyczne elementy i na bazie tego możemy sobie później zacząć szukać rozwiązań. Jednym z nich jest faktycznie to, że możemy spojrzeć na takie listy UX.

Jeśli widzimy, że problem mamy z nawigacją to znajdziemy checklistę co tam w nawigacji powinno działać i w jaki sposób. Wtedy możemy sobie zestawić tę naszą nawigację z tym, co eksperci radzą w takich różnych checklistach. Ja się osobiście przyznam, że nie mam takiej swojej jednej checklisty.

Mam listę jakby elementów, które zawsze sprawdzam. Dlatego, że staram się podchodzić w jak najbardziej otwarty sposób właśnie do tego feedbacku od użytkowników przede wszystkim. Na tym staram się bazować. Może nie mam takiej checklisty UX, ale to z czego korzystam to są wszelkie modele do analiz heurystycznych, tudzież eksperckich.

Tutaj też jest kilka firm zachodu, które powiedzmy swoje takie metodologie obrandowały, zastrzegły. One są bardzo podobne do siebie. To też nie jest nic hiper odkrywczego, ale tam zwykle mamy 5, 6 obszarów, na których się trzeba skupić, takich jak czytelność tej strony czy ona jest przejrzysta, czy można w kilka sekund się zorientować o czym ta dana podstrona jest i najważniejsze informacje wyłowić. Czyli to głównie się skupia na takiej hierarchii wizualnej, na tym czy są nagłówki widoczne, czy kluczowe informacje są faktycznie wyróżnione i w takich punktach, że bardzo szybko na nie trafiamy. Mamy też kwestie związane z oporem, tarciem, czyli te wszelkie zgrzyty na linii użytkownik – strona internetowa.

Kiedy próbujemy wypełnić formularz i coś nie działa, wpisujemy kod pocztowy, a formularz nie przepuszcza, bo się okazuje, że format musi być z myślnikiem między pierwszymi dwoma a trzema ostatnimi cyframi tego kodu. Natomiast nigdzie nie ma podpowiedzi, która by nam mówiła zrób to w takim formacie i takim. Tylko mamy informację zwrotną “format nieprawidłowy” i musimy się domyślić. Wszelkie takie rzeczy są właśnie w tej kategorii oporu w korzystaniu i tego, że jest to po prostu niewygodne. Mamy kwestie związane z propozycją wartości i komunikacją tego, którą też w takich audytach UX warto ocenić. Czyli tak naprawdę przekonanie użytkownika “dlaczego Ty masz kupić ode mnie, dlaczego masz u mnie zamówić tę usługę”. To jest już dość popularne.

W wielu sklepach internetowych na przykład można zauważyć, że przewija się taka ramka, która mówi, że jesteśmy na rynku od 15 lat albo, że zaufało nam 15 tysięcy klientów, chociaż to już bardziej kwestia związana z zaufaniem. Ale na przykład, że oferujemy zwrot za darmo przez pół roku albo darmową dostawę zawsze i wszędzie i jakąkolwiek formą chcesz, i różne rzeczy bardzo specyficzne dla konkretnej branży, które faktycznie pokazują, że czymś się wyróżniamy na tle konkurentów. Trzeci element tych dużych klocków do oceny strony, to jest ta propozycja wartości. Czwarta rzecz, o którą zahaczyłem, to jest budowa zaufania. Myślę, że tutaj mam fantastyczny przykład z własnego doświadczenia.

To było ładnych, parę lat temu kiedy byłem jeszcze na studiach i jak gdzieś podróżowałem za granicę, to jednak szukałem często takiej najtańszej opcji, żeby gdzieś dotrzeć. Było akurat tak, że wybierałem się chyba do Budapesztu i wszelkie takie tanie loty nie były akurat dostępne w tym dniu, kiedy ja mogłem lecieć. Po prostu nie mogłem lecieć w inny dzień. Więc wszelkie tanie linie odpadały. Stwierdziłem, że może pojadę pociągiem lub busem. Porównałem sobie ceny i mówię, że tym busem sporo taniej, a w sumie tam czas podróży nie był o wiele dłuższy, o ile dobrze pamiętam. Wszedłem na stronę takiej firmy, już nie pamiętam nazwy, i tak na nią patrzę – design jakby sprzed 10 lat, mechanika tej strony jakaś dziwna, takie dziwne drop-down, małe przyciski. Wyglądało to trochę strasznie. Spojrzałem na ceny, spojrzałem na telebimy, sprawdziłem bardzo pobieżnie opinie w sieci. Akurat te, które znalazłem mówiły, że wszystko jest ok. Kupuję bilet i będzie wszystko spoko. Ale miałem gdzieś z tyłu głowy taką myśl trochę nie ufam tej firmie, przez to, że ich design był przestarzały i nie widzę tam też żadnych sygnałów, typu gwarancja zwrotu pieniędzy jeśli coś pójdzie nie tak. Nie widziałem łatwo dostępnego numeru do kontaktu. Na stronie kontakt tam był chyba jakiś formularz. Natomiast nie było jakoś bardzo widocznego adresu firmy.

Przycisku “Wyślij”. 😉

Tego już nie pamiętam, być może tak było. Generalnie nie wzbudzała zaufania ta strona. To jest główny punkt tego przydługiego wywodu. Skończyło się to tak, że dzień przed planowanym wyjazdem, wchodzę na tę stronę i próbuje znaleźć ten mój przejazd tego dnia, na który sobie zamówiłem, patrzę i tego przejazdu nie ma w rozkładzie, to myślę, może go odwołali. Wysłałem ten formularz kontaktowy, nic, zero odpowiedzi, żadnego komunikatu, że odezwiemy się do ciebie w ciągu x-godzin, nic. Szukałem numeru telefonu, nie mogłem znaleźć. Szukałem go w Google, nie mogłem znaleźć siedziby tej firmy, czy numeru telefonu i zacząłem czytać sobie na formach o tej firmie, tylko już tak dokładnie – tylko pierwsza strona, która mi wyskoczyła, ale też wszystkie kolejne i najważniejsze te najnowsze posty z opiniami o firmie.

Okazało się, że tam jakieś stare autokary, że one się psują, że oni odwołują przejazdy, że o zwrocie środków można zapomnieć. Cała litania. Ja mówię, to super, miałem jechać tam super za osiem dyszek, zamiast płacić za pociąg dwa razy więcej. Skończyło się tak, że pojechałem pociągiem i zapłaciłem jeszcze więcej, niż bym zapłacił rezerwując wcześniej, bo już ceny z dnia na dzień były sporo wyższe.

Tak się właśnie przejechałem na tym i podejrzewam, że jest grupa osób w sieci kupujących przez internet, które mogły się przejechać w podobny sposób, jak ja – na jakimś nieuczciwym sklepie internetowym, na jakimś sprzedawcy na Allegro. Myślę, że teraz to jest dużo mniej spotykane. Kiedyś, w czasach takich początku e-handlu, 15 lat temu, kiedy coś się kupowało na Allegro, to naprawdę był strach czy nam pudełko ziemniaków nie przyleci.

Teraz to jest już dużo bardziej bezpieczne. Na pewno są osoby, które się kiedyś na coś nacięły i jak one zobaczą takie sygnały, które ten UX strony, czy jej wygląd, im wysyła, czyli nie da się znaleźć numeru kontaktowego, to coś jest podejrzane. Szukam tej firmy w Opineo, czy na jakichś innych portalach z recenzjami – nie ma jej za bardzo, nie ma opinii o niej, to już to zaufanie spada. Design jest trochę koślawy, dziwny font, coś tam nam dziwnie miga, jakichś banerek, formularz zwraca jakieś błędy po angielsku, a nie po polsku – to już wszystko zaczyna działać.

Jeśli to nie jest strona, która ma silną markę, to wtedy dużo bardziej patrzymy na zaufanie i zwracamy uwagę na różne błędy na stronie, czy takie rzeczy, które nam zapalają czerwoną lampkę i mówią: “Możesz stracić pieniądze, jeśli tu kupisz, więc może lepiej iść do kogoś innego”. Tutaj też trzeba zachować zdrowy rozsądek pod kątem budowania zaufania na stronie, czyli tego czwartego elementu tej naszej takiej checklisty, bardzo krótkiej, ale mającej te obszary dość szerokie. Jeśli sobie myślimy o stronach internetowych, o sklepach online, takich brandów, które znamy, które są długo na rynku, które są w telewizji, które mają dużo opinii, to jak wiadomo, te rzeczy tracą na znaczeniu, te elementy związane z zaufaniem.

Jeśli będę sobie na stronie bardzo znanej marki modowej i mi wyskoczy komunikat w formularzu nie w takim języku jak trzeba albo nie będę mógł znaleźć numeru telefonu, to to nie spowoduje, że stwierdzę, nie kupię tutaj, bo mnie oszukają, bo wiem, że to jest sklep, który ma stacjonarne sklepy, który jest na rynku 15 lat. Wtedy to mnie nie odstraszy.

Natomiast w przypadku, kiedy to jest świeży brand czy mały sklep, czy mała firma, to dużo bardziej użytkownicy na to zwracają uwagę. To budowanie zaufania jest ważne. Jak jesteśmy przy wyczuciu, które dobre praktyki, czy które rozwiązania wdrażać, wiadomo, że nie możemy wdrożyć 50, 60 elementów różnych rekomendowanych przez jakiegoś eksperta, bo ze strony zrobi się choinką, to właśnie zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek pod kątem tego, co na danej stronie jest, w danym kontekście, przy rozmiarze firmy, zaufaniu do niej, przy branży, co tu pasuje i co tu powinniśmy w tym kontekście zrobić.

Nie trzeba wdrażać wszystkiego od razu. Najważniejsze to skupić się na tym, co działa na naszej stronie i u naszych odbiorców

Dokładnie. Jak odbiorcami są, załóżmy, starsze osoby, starsze, starsze. Już teraz internet i e-commerce trochę działa, więc już starsze osoby na emeryturze też robią zakupy. Dla nich na przykład czcionka powinna być większa albo, załóżmy, branża jest modowa, to faktycznie na zdjęcia, może filmy. Też o tym pomyśleć, żeby były większe zdjęcia, gdzieś przy jakichś innych produktach nie muszą być zdjęcia. Mówisz cztery takie bloki…

Jest jeszcze piąty.

Właśnie o to chciałam zapytać. Czy jest ich więcej?

Tak, taki piąty, na który też zwracam uwagę, żeby zamknąć temat tych checklist dzielonych przez ten model heurystyczny, czy właśnie tego typu wytyczne, jakie mamy, to są rzeczy związane z takimi bodźcami, które popychają osoby niezdecydowane do zakupu. To jest tak naprawdę na końcu nie bez przyczyny wymienione przeze mnie, bo to jest wisienka na torcie.

Musimy zadbać o te wszystkie elementy wcześniej, które są ważniejsze, a to są takie techniki, które mogą jeszcze nam te konwersje popchnąć w górę i myślę, że to najlepiej opisać na przykładzie stron, na których możemy sobie rezerwować noclegi, takich jaki Booking.com, czy Airbnb. Tam widać, że sztab ludzi siedzi nad tym, żeby te komunikaty wymyślać i testować, bo tego jest masa.

Mamy komunikaty, że to mieszkanie, to rzadkie znalezisko, bo zwykle jest zajęte w tych terminach, to od razu się czujemy w ten sposób, że raz – super, że znalazłem, to się czuję doceniony, a dwa – mamy z tyłu głowy, że zaraz może tego nie być, więc może zamiast jeszcze konsultować to z drugą osobą, z którą jadę i czekać jeden dzień na decyzję, to zarezerwuję teraz, najwyżej odwołam. W ten sposób, takimi komunikatami, popychamy trochę tego użytkownika do podjęcia decyzji, tak naprawdę. Kolejny typowy przykład – modowe sklepy internetowe czy sklepy z butami. Wszelkie komunikaty o tym, że mało sztuk zostało danego rozmiar, czy to jest w ogóle ostatnia sztuka.

Bardzo dobra rzecz pod tym kątem, że wiemy, że akurat w modowych sklepach mamy pewne kolekcje, które jak zostaną sprzedane, to jest bardzo duża szansa, że już więcej ich nie będzie, więc jak coś nam się podoba i zobaczymy informację, że ostatnia sztuka została, to jest duża szansa, że nie będziemy czekać do kolejnej wypłaty, tylko jakoś wysłupłamy środki z tego, co nam na koncie zostało, żeby jednak sobie ten produkt zaklepać.

Tutaj oczywiście, jak ze wszystkim innym, w kontekście UX, designu sklepu, nie można też przesadzić i iść z tym w ciemno, bo jeśli mamy produkt typu artykuły wszelkie biurowe, sprzedajemy długopisy, papier do drukarki, wszelkie takie rzeczy, jak my tam zaczniemy sypać komunikatami, że 15 innych osób to ogląda, albo że ta ryza papieru to rzadkie znalezisko, bo zwykle nie mamy jej w magazynie, to wpływ na konwersję już będzie znikomy, bo użytkownicy nie są idiotami. Oni wiedzą, że to nie jest tak, że jest limitowana kolekcja papieru z tą gramaturą i nigdzie indziej go nie dostaną, tylko że to po prostu jakichś komunikat, jakaś ściema, która w ogóle tam nie pasuje.

Dlatego tutaj uczulam, żeby nie przeholować i nie stosować wszystkiego w ciemno, jakbyśmy sobie znaleźli taką checklistę super 60 elementów, które jak sprawdzisz i poprawisz, to konwersja wystrzeli do góry. Polecam podchodzić do tego z rezerwą. Jednak nałożyć na to taki filtr kontekstu, który mamy w swoim serwisie i to jest tak naprawdę najtrudniejsza rzecz – ocena, co rzeczywiście warto zmienić, wdrożyć, a czego nie.

Czasem może być taki problem, że nawet jak wdrożymy to wszystko, nawet te 60 rzeczy i niby wszystko wygląda OK, to konwersji dalej może nie być, bo mamy do kitu ruch. Ściągamy jakąś reklamą zupełnie inną grupę docelową. Fajnie, bo przychodzą, tania reklama, ale nigdy nie będą konwertować, więc myślę, że to właśnie takie spojrzenie z zewnątrz jest potrzebne.

Tutaj być może strzelę sobie w stopę, ale powiem, że do momentu, w którym nie mamy pewności, że ten ruch, który pozyskujemy na stronę jest odpowiedniej jakości i że to są faktycznie ludzie z naszej grupy docelowej, dopóki nie mamy przekonania, że ta część marketingu jest w porządku, to nie polecam inwestować środków w taki audyt UX-owy, czy tym bardziej w jakichś taki totalny redesign serwisu, stawianie go od nowa, bo jest duża szansa, że to nie zadziała.

Ja wiem, że prawdopodobnie powinienem mówić, że audyty UX są super i wszyscy je powinni robić zawsze, ale mam po prostu świadomość tego, że to nie zawsze jest dobry pomysł. Tak, jak powiedziałaś – jeśli ściągamy ruch na stronę, który po prostu nie jest zainteresowany tym, co mamy do zaoferowania, to możemy mieć naprawdę przepiękny serwis, działający bardzo szybko, zrobiony w genialny sposób UX-owo, gdzie zakupy to jest czysta przyjemność, ale i tak ludzie nie będą kupować, bo nie potrzebują tego, co my mamy do zaoferowania.

Aby to zobrazować to taki fajny przykład mi przyszedł do głowy. Oglądałem kiedyś video, taki wywiad z Avinashem Kaushikiem, którego wspominałem w naszej poprzedniej rozmowie, to jest guru analityki internetowej, gość, który edukuje cały świat, jest ewangelistą pod kątem analityki i tych googlowskich narzędzi. On w rozmowie opowiadał historię jakiegoś swojego znajomego, który otworzył sklep internetowy, w którym sprzedawał lampki takie na stolik nocny i on ściągał sporo ruchu z Adwordsów i widział, że faktycznie tego ruchu przychodzi na stronę bardzo dużo, ale współczynnik konwersji szoruje po dnie. Nie wiedział, co jest grane.

Jak się okazało, on właśnie te swoje produkty chciał sprzedawać na frazy takie, jak, night stand, tylko sobie nie zawęził tego targetowania i wchodzili ludzi, którzy szukali frazy, one night stand, więc generalnie nie byli zainteresowani jego produktami, ale chcieli sobie poczytać o trochę innej tematyce. On mógłby zainwestować wtedy w przebudowę swojej strony, szukać jakichś problemów użytecznościowych, które powodują, że ta sprzedaż jest niska, ale mógłby w to wpompować mnóstwo pieniędzy, dziesiątki tysięcy dolarów i nadal by ta strona nie sprzedawała w lepszy sposób, bo najpierw musiał naprawić ten problem na kroku wcześniej, czyli na pozyskiwaniu ruchu.

Przebudowa ze sklepu na Tindera, to nie jest takie proste.

Myślę, że po prostu nawet nie wiedziałby, że w tym kierunku powinien go przebudować, gdyby nie zajrzał w to, jak pozyskuje ruch i co tam trzeba zrobić na początku. Także każdemu, kto myśli o audycie UX-owym, chociaż nie powinienem pewnie tego mówić, to polecam najpierw, żeby porozmawiał ze specjalistami od SEO, od Google Ads, od Facebooka, od wszelkich kanałów, w których pozyskuje ruch, żeby oni sprawdzili, czy na pewno pozyskuje taki ruch, jak trzeba. Czy za niego nie przepłaca, czy może tam da się trochę budżet uszczuplić, zaoszczędzić trochę kasy, którą może później faktycznie włożyć w rozwój strony nie tracąc na sprzedaży dzięki temu, że po prostu wytnie ten ruch niepotrzebny najpierw.

Dobrze, że o tym mówisz, dlatego, że jak nawet się z takim problemem spotkasz i weźmiesz taką współpracę, nie wyczarujesz, nie sprawisz, że będzie konwersja ze słabego, z kiepskiej jakości ruchu, więc lepiej wytłumaczyć: “Ok, przyjdź pan, ale najpierw pan tutaj z tym ruchem trochę zawalcz, trochę go popraw, to ma duże znaczenie.” Użyłeś słowa, heurystyka. My w poprzednim odcinku o tym mówiliśmy, ale dla osób, które słuchają teraz, wcześniejszego nie słyszały odcinka, co to jest ta heurystyka?

Brzmi bardzo mądrze, ale jest to chyba najprostsze badanie, jakie można zrobić na stronie internetowej. Po prostu otwieramy nasz serwis, sobie dwa, trzy scenariusze najczęstsze, jakie użytkownicy w nich przechodzą, czyli w e-commerce, to będzie znalezienie i kupienie produktu. Przechodzimy ten proces i notujemy sobie, co może być nie tak ze stroną, gdzie mogą być potencjalne problemy, co może być niejasne, co nie działa. Do tego można właśnie wykorzystać te pięć elementów, które dwa pytania wcześniej opisałem.

Zaletą dużą tej analizy jest to, że w zasadzie każdy może ją zrobić od ręki, nie potrzeba do tego żadnego narzędzia. Nie potrzeba do tego w zasadzie niczego więcej niż trochę czasu i notatnik i tyle. Najlepiej taki model heurystyczny mieć przed sobą, żeby trochę nas nakierowywał na to, jakich problemów szukać, do czego się próbować doczepić na tej stronie, na co zwrócić uwagę.

Dużą zaletą tej analizy jest to, że możemy ją zrobić od ręki

Ten model heurystyczny też się wykorzystuje w badaniach z użytkownikami? Podpowiada im się jakieś ścieżki? Badania z użytkownikami, to mi się zawsze kojarzyły z drogimi, zewnętrznymi badaniami. Jak to w ogóle wygląda?

Może tak wyglądać. To jest w ogóle ciekawy temat – badania z użytkownikami, czy też testy użyteczności się na to mówi, badania użyteczności. Różne są na to terminy. Kluczowym punktem tego jest, żeby obserwować, jak inne osoby korzystają z naszej strony internetowej i broń Boże nie można im podpowiadać, co zrobić, albo na jakie elementy zwracać uwagę, bo wtedy trochę zaburzymy to, w jaki sposób one z tego serwisu korzystają. Pewnie podświadomie będą szukać tych rzeczy, na które my je nakierowaliśmy, więc jak byśmy na początku takiego badania powiedzieli: “Wiesz co, skup się na tym, żeby znaleźć jakieś takie komunikaty, które próbują cię jakoś przekonać do zakupu”, to siłą rzeczy ta osoba się na nich skupi, więc warto dbać o to, żeby warunki były najbardziej zbliżone do tego, jak w rzeczywistości ta osoba siedząc sobie w domu, robiąc zakupy przez internet, działa.

Wydaje mi się, że jest to praktycznie nie do uzyskania w takiej skali 1 do 1 jakichkolwiek warunków byśmy nie zrobili, bo zawsze ta osoba wie, że to jest badanie. To nie jest tak, że ona sobie siedzi w domu, a my ją szpiegujemy jakąś kamerą i ona nie wie, że jest w trakcie badania, tylko zawsze wiadomo, że to jest troszkę inaczej, bo mówimy komuś: “Teraz się zachowuj tak, jakbyś chciał sobie kupić nowe buty do piłki nożnej”, to ta osoba się zachowa inaczej, niż kiedy rzeczywiście kupuje je dla siebie, kiedy jest w to bardziej emocjonalnie zaangażowana.

To tak na wstępie, żeby dać do zrozumienia, że jest jakimś ryzykiem takiego błędu obarczone to badanie. Nie jest idealne, nie oddaje idealnie tego, jak użytkownicy z serwisów korzystają, natomiast i tak można sporo cennych obserwacji z tego wynieść.

Najbardziej uderzające jest to, że widzimy wtedy, że to nie jest tak, że każdy na świecie korzysta w identyczny sposób z serwisów internetowych, jak my, że są osoby, które zwracają uwagę na trochę inne elementy niż my, albo są bardziej cierpliwe albo mniej cierpliwe, albo nie widzą tych elementów, które my widzimy od razu, to trochę otwiera oczy.

Jak można takie badanie z użytkownikami przeprowadzić? One są super pod tym kątem, że można je dopasować do budżetu, jaki mamy. Powiedziałaś, że Tobie się ona kojarzą z takimi pewnie badaniami w laboratorium, w takiej szklanej sali, gdzie mamy kamery, gdzie mamy jakąś maszynę, czy jakiś system do eye trackingu, który później nam generuje heat mapę, pokazującą, gdzie ten użytkownik rzeczywiście patrzył, bo jest jakieś narzędzie, które mierzy to, jak on porusza gałkami ocznymi, mierzy czas zafiksowania wzroku na danym elemencie. Dobrze Ci się to kojarzy. Są badania tego typu, tylko oczywiście kosztują odpowiednio więcej i nie każdy może sobie na to pozwolić, zwłaszcza mniejsze firmy nie mają takiego budżetu, żeby sobie pozwalać na tego typu analizy.

Natomiast można też badania użyteczności zrobić w prostszy sposób. Można z kimś się zdzwonić przez Skype, powiedzieć tej osobie, żeby udostępniła nam ekran, wysłać jej po prostu scenariusz badania, kolejne zadania, jakie ma przed sobą i powiedzieć, żeby te zadania postarała się wykonać na stronie, a my sobie ją obserwujemy, widzimy jej ekran i też w odpowiednich momentach powinniśmy ją podpytywać, jak widzimy, że gdzieś się zawiesi, nie może gdzieś przejść dalej, to podpytujemy, co jest nie tak, czego szuka, jakiej informacji jeszcze by potrzebowała, żeby te decyzje podjąć, co ją tutaj irytuje.

Wtedy możemy uzyskać właśnie od niej taką informację zwrotną. Możemy wtedy też podpytywać: “Jak robisz zakupy, to na co zwykle zwracasz uwagę?” Różne rzeczy wychodzą. Wtedy koszt przeprowadzenia takiego badania jest oczywiście odpowiednio niższy, bo nie potrzebujemy do tego żadnego zaawansowanego software, nie potrzebujemy specjalnego pomieszczenia przystosowanego do tego.

Wiadomo, że jakość naszych wniosków jest też niższa, bo nie mamy na przykład eye trackingu, czy też, jeżeli zrobimy to samodzielne, to najprawdopodobniej zrobimy to gorzej od osoby, które zajmuje się na pełny etat prowadzeniem badań z użytkownikami. To jest pewnie taka opcja pomiędzy, że szukamy sobie jakichś respondentów, którzy pasują do naszej grupy docelowej, którzy nigdy w życiu nie widzieli naszego serwisu, mają totalnie świeże spojrzenie.

Natomiast opcją taką rzeczywiście po linii najmniejszego oporu jest pójście ze swoim serwisem do znajomego, do kolegi, do koleżanki i po prostu siadamy sofie na 10, 15 minut, wybieramy sobie jeden kluczowy scenariusz dla naszej strony, czy jedną kluczową stronę z usługą, którą chcemy przeanalizować i siadając obok tej osoby obserwujemy, co ona robi i pytamy, co o tym wszystkim sądzi. Jak tak zrobimy z pięcioma, dziesięcioma osobami, bo więcej zwykle nie ma sensu, bo wnioski zaczynają się dublować, to już mamy całkiem pokaźną listę potencjalnych rzeczy do naprawienia, które oczywiście też później trzeba przefiltrować- to raz.

Dwa – zderzyć z innymi naszymi analizami, na przykład z heurystykami, które wspomnieliśmy, czy z analizami ilościowymi w Analyticsie, gdzie mamy też cyferki. W cyferkach może nam wyjść, że jednak ten formularz kontaktowy, na który tak bardzo narzekał nasz znajomy nie jest aż tak istotny, bo prawie nikt go nie widzi w naszym serwisie. Wniosków można wyciągnąć naprawdę dużo z tych badań z użytkownikami, natomiast, jak zawsze, trzeba je później zderzyć z resztą analiz, żeby wyłowić te kwestie, które rzeczywiście są problematyczne, które się powtarzają w różnych analizach, bo pamiętajmy, że użytkownicy też mają swoje subiektywne spojrzenie.

Z moich doświadczeń wynika, że faktycznie w tych badaniach użyteczności, myślę, że trochę bardziej te osoby się spinają i starają się jak najwięcej tej wartości nam dostarczyć i mają takie poczucie, że muszą jak najwięcej nawet drobnych szczegółów znaleźć i na nie ponarzekać, żebyśmy my mieli od nich więcej informacji zwrotnej.

Tak że podejrzewam, że jeśli taka osoba faktycznie w swoim własnym czasie miałaby z tego serwisu korzystać i rzeczywiście tam czegoś szukać, dokonać zakupu, to jednak sporo z tych kwestii, które wymienia są na tyle błahe, żeby jej nie przeszkadzały, ale jakby tutaj w tych badaniach użyteczności jednak jest taka tendencja, żeby jak najwięcej tych rzeczy wyłowić, jak najbardziej komuś pomóc.

Dlatego też jeszcze raz powtórzę, że warto to sobie później przefiltrować i nie wdrażać od razu na drugi dzień wszystkiego, co nam w tych badaniach wyszło.

Badania najlepiej przeprowadzić maksymalnie na 10 osobach. Po tym wyniki się raczej dublują

Właśnie miałam zadać teraz Ci pytanie, ile takich testów, ile takich użytkowników powinniśmy mieć, żeby nie było błędu statystycznego. Trzy osoby i to w ogóle z przypadku i każda odpowiedź może być inna. Może 10 osób?

Myślę, że 10 to jest w zasadzie taki maks. To też zależy od zasobów firmy. Generalnie tendencja jest taka, że w okolicach pięciu uczestników 80 procent problemów tych kluczowych jesteśmy w stanie znaleźć, a później to już widzimy, że te wszystkie najważniejsze rzeczy się po prostu powtarzają. Czasem ktoś dorzuci coś nowego, ten siódmy, ósmy, dziesiąty, czy jak byśmy poszli dalej, piętnasty uczestnik, ale widzimy tendencję, że kluczowe rzeczy się powtarzają, więc jeśli faktycznie mamy ograniczony budżet, to pięciu uczestników takich badań, to jest wystarczająca liczba, aby ważne problemy na stronie odkryć.

Trzeba pamiętać, że prowadzenie tych badań jest też czasochłonne, bo trzeba przygotować scenariusz tego badania, znaleźć respondentów, fajnie, żeby to nie były losowe osoby, tylko pasujące do naszego profilu, więc tym bardziej to zajmuje czas. Jeśli po prostu odezwiemy się do firmy, która oferuje dostęp do bazy takich respondentów, co jest łatwiejsze na rynku anglojęzycznym, bo tam jest sporo narzędzi, które to oferują, ale za to też trzeba zapłacić. Plus musimy to badanie przeprowadzić, co też zwykle zajmuje 40 minut, godzinkę, a później i tak jeszcze raz musimy te nagrania obejrzeć, wynotować z nich rzeczy. Można liczyć, ze 2 godziny na uczestnika, plus czas potrzebny na organizację tego wszystkiego, to wychodzi nam, powiedzmy, 15, 20 godzin pracy i to jest tylko jedna z analiz, która w tym audycie UX powinna się zawierać.

Dlatego uważam, że korzyści z tych kolejnych uczestników po prostu maleją. Koło tej liczby czterech, pięciu uczestników mamy taki punkt, w którym najwięcej wartości z tego wyciągamy w porównaniu do nakładu czasu, czy pieniędzy, jakie na to poświęcamy.

W czym jest lepsze takie badanie, niż, załóżmy, użycie narzędzia hotjar, które i ma mapy cieplne i ma nagrywanie nie wystarczy takie coś?

Ja nie powiedziałem, że są lepsze badania użyteczności.

To ja sobie sama dodałam.

Nie są lepsze, są inne przede wszystkim. Takie narzędzia, jak Hotjar czy smartlook, które właśnie generują nam heat mapy, czy przede wszystkim potrafią nagrać sesję użytkownika, jego ekran, są też bardzo przydatne.

Zaletą takich nagrań, sesji jest to, że widzimy jak rzeczywiście ten użytkownik się zachowywał w realnych warunkach, a nie w takich warunkach trochę laboratoryjnych, gdzie my go zapraszamy na badanie. Minus tego jest taki, że ta osoba z nagrania, to jest jakiś anonimowy numer ID, a nie człowiek, do którego możemy się odezwać i go zapytać, co on o tej stronie sądził, albo dlaczego kliknął tam, gdzie kliknął, albo dlaczego wyszedł i nie kupił, a w badaniu użyteczności mamy ten aspekt komunikacji z drugą osobą, która może nam przekazać to, co myśli.

Dlatego obie te metody mają swoje plusy i minusy. Najlepiej jest po prostu korzystać z obu i później zderzyć wnioski z tych różnych badań. Przy czym minus tych nagrań, sesji, jest taki, że to jest bardzo dużo takiej żmudnej pracy polegającej na oglądaniu tych nagrań, tagowaniu ich, później robieniu jakichś statystyk na ilu nagraniach nam wyszło, że jakichś przycisk jest nieklikalny, bo może jest mało widoczny albo na ilu nagraniach wyszło, że ktoś zobaczył formularz, się wystraszył i uciekł, bo formularz jest za długi czy skomplikowany.

Tu właśnie dochodzi kwestia czasochłonności tego, plus tej kwestii, że te nagrania sesji dość mocno męczą, bo tam bardzo często się przewijają bardzo podobne scenariusze zachowań użytkowników i my też po pewnym czasie analizując te nagrania stajemy się tym trochę zmęczeni. Trochę idziemy na łatwiznę, już nie patrzymy na to tak dokładnie albo bardzo szybko kategoryzujemy dane nagranie do jakiejś kategorii, więc to też jest trochę obarczone błędem. Natomiast jeśli sobie obejrzymy, powiedzmy, sto takich nagrań, to pewnie, jeśli coś tam krytycznego się pojawia, to zauważymy to bez problemu.

Sto – tak dużo.

Trochę trzeba tego obejrzeć. Na szczęście można sobie to w przyspieszonym tempie obejrzeć. Jest też opcja najczęściej w tych narzędziach, która nam wskakuje do przodu, jeśli jest taki okres nieaktywności. To nie jest tak, że musimy patrzeć przez 7 minut jak tam nic się na ekranie nie dzieje. Spokojnie to w automatyczny sposób nam przeskoczy dalej.

To jest takie troszeczkę niebezpieczne, bo jeżeli użytkownik na jakimś momencie, elemencie strony, gdzieś się zawiesi, to tak naprawdę nie wiemy, czy on czegoś nie rozumie, czy faktycznie ktoś go zawołał i on na przykład z kimś wymienia zdania, rozmawia, bo nie mamy go jak spytać. Tak, jak mówisz, to jest numer ID i nie mamy feedbacku od niego.

Tak i tego się nie dowiemy raczej. Natomiast, jeśli byśmy nie mieli tych nagrań sesji, byśmy tylko patrzyli w Analyticsa, powiedzmy na procent wyjść z danej podstrony, czy procent porzuceń koszyka, to nie dość, że ta osoba nam nie powie, czy jednak nie jest przekonana do zakupu, czy nie kupił dlatego, że ją ktoś na obiad zawołał. Nawet nie widzimy, co na tym ekranie się działo, więc jeszcze gorzej.

Nagrania sesji nie dadzą nam odpowiedzi na wszystkie pytania, ale troszkę mogą pomóc. ID osłaniają trochę więcej niż na przykład sam Analytics i raporty, które tam widzimy.

Teraz mi się taki pomysł w głowie zrodził, mojego cwanego, przebiegłego myślenia, że nie da się zidentyfikować tych osób, nawet jeżeli wpisują w formularzu adres email, dlatego, że w przynajmniej w Hotjarze, to jest tam niewidoczne i zakryte, tego typu wypełnienia pól, formularzy.

Tak, przy czym, nie wiem, może to już się zmieniło, ale była opcja, że dało się odsłonić te dane. Oczywiście nie powinniśmy pewnie tego robić w związku z przepisami.

Nie dotarłam do tego.

Nie wiem teraz dokładnie, czy to domyślnie jest wymazane, wszelkie takie dane osobowe, ale to może w jakimś innym narzędziu podobnej kategorii się spotkałem z tym, że jeśli się tego nie wyłączyło, to można było te dane zobaczyć.

To zawsze można było się odezwać i spytać.

Niby tak, ale pewnie lepiej tego nie robić.

Ryzykowne. Zwłaszcza w Polsce teraz.

Wyobraź sobie, ktoś do Ciebie pisze: “Dzień dobry pani Agato, widziałem, że dodała pani taki i taki produkt do koszyka, ale tu już prawie kupiła i nie kliknęła pani tego przycisku, dlaczego?” To tak myślę, że można by być przez kogoś zgłoszonym w takie miejsce, które bym nam narobiło problemów później.

Zwłaszcza, że niektórzy się boją takich zwykłych maili porzuconego koszyka: “O jeju! Ktoś widział, że ja porzuciłam koszyk!” A to jest automat. Jakby tak jeszcze mi napisali, że nie kliknęłam w ten przycisk – “pani Agato”, to jeszcze lepsza personalizacja i bardziej creepy to by było.

Tak i zwłaszcza w momencie, kiedy nie podałaś nikomu maila, bo jeśli jesteś zapisana do newslettera, czy masz konto w jakimś sklepie i przychodzi mail z ratowaniem koszyka, to jest to jeszcze o tyle zrozumiałe. OK, faktycznie tego maila podałaś, to się spodziewasz, że ktoś może od ciebie napisać, a jeśli nie podawałaś go nikomu, a tu przychodzi mail, to coś jest nie tak. Poza tym to takie praktyki byłyby niezgodne z prawem. Najlepiej te dane wszystkie personalne mieć zasłonięte w tych nagraniach, jeśli ktoś widzi, że tam one się pojawiają z jakiegoś powodu, to trzeba pogrzebać w ustawieniach i to wymazać.

Jak już mówimy o narzędziach, to oprócz właśnie Smartlooka, Hotjara, jeszcze są jakieś fajne narzędzia tego typu, które mogą nam pomóc w takiej analizie zachowań użytkowników lub w audycie?

Narzędzi jest cała masa, więc myślę, że w dodatkach do podcastu zamieścimy sporą listę linków do przydatnych narzędzi. O Hotjarze, Smartlooku właśnie już powiedzieliśmy i warto z nich na pewno korzystać. To, z czego ostatnio korzystam więcej, to jest takie narzędzie Usability Hub, które oferuje kilka różnych metod takich badawczych i to są takie dość szybkie badania, gdzie możemy na przykład wrzucić design naszego landing page’a, czy po prostu design naszej karty produktu.

Po prostu wrzucamy plik graficzny i możemy do niego zadać jakieś pytania użytkownikom. Może być jedno pytanie, może być kilka, zależnie od tego, co sobie skonfigurujemy. Ustalamy jakiego typu osoby chcemy, żeby na te pytania odpowiedziały i wciskamy start, płacimy odpowiednią ilość kredytów za to i czekamy aż się zbiorą odpowiedzi. Później respondenci, czy druga strona tej platformy, otrzymują właśnie takie zadanie, żeby spojrzeć na screenshot tej strony i odpowiedzieć jest na te pytania. Wtedy możemy taki wygenerować szybki feedback na temat jakiejś strony i to może być przydatne właśnie do landing page’y, do stron, które opisują jakieś oferty, które właśnie stworzyliśmy i na przykład nie jesteśmy pewni, czy to w ogóle jest zrozumiałe, czy to jest przejrzyste, czy ludzie będą wiedzieli, o co w tym chodzi.

Możemy po prostu tych użytkowników zapytać i dostać z powrotem informację. To jest fajne narzędzie, tylko znowu niestety na rynek anglojęzyczny, gdzie jest duża baza respondentów. Nie pamiętam jak tam było z rynkiem polskim, czy w ogóle jacyś respondenci są, ale jak próbowałem sobie zawęzić kryteria po jakichś zainteresowaniach, czy po wieku, to niestety nie było to dostępne. Natomiast można w tym narzędziu wygenerować takie badanie i po prostu rozesłać link, czy to do naszych subskrybentów newslettera, czy do jakiejś naszej społeczności, jak prowadzimy na przykład grupę na Facebooku, czy nawet po naszych znajomych, po pracownikach, jakkolwiek chcemy. Można takie badanie tam ustawić, link rozesłać, zebrać w ten sposób odpowiedzi i one będą widoczne już w narzędziu.

Tych rodzajów testu jest kilka, bo są też testy, gdzie możemy ustawić, że dana strona będzie się wyświetlać przez x-sekund, na przykład 5 czy 10 sekund komuś się wyświetli. Tutaj celujemy w to, żeby odzwierciedlić, jak to czasem wygląda, czy najczęściej wygląda w rzeczywistym świecie, że wchodzimy na jakąś stronę, dajemy jej 3, 4 sekundy i albo nas zaciekawi i zostaniemy, albo wyjdziemy. Możemy w ten sposób przetestować i po tych 4-5 sekundach, jak ktoś widzi tę stronę zapytać: “Jak myślisz, o czym ta strona jest? Co to za produkt? Jaka jest korzyść z tego produktu?”

Zależnie od tego, na czym nam zależy, żeby ludzie w te kilka sekund z naszej strony załapali i bazując na informacji zwrotnej tutaj możemy tę stronę poprawić. Jeśli chodzi o narzędzia jeszcze, to oczywiście Google Analytics, jak zawsze. Taka solidna podstawa, żeby po prostu zorientować się, gdzie jest problem, ale też które podstrony są ważne u nas na stronie,

Trzeba też uważać na wszelkie pułapki, typu, jak sobie otworzymy raport, zachowanie, wszystkie strony, spojrzymy jakie URL-e są najczęściej odwiedzane, to jak w e-commerce mamy tysiąc różnych produktów i 50 różnych kategorii, i każda ma inny URL, to w tym raporcie na samej górze wyskoczy nam strona główna i właśnie dlatego sporo osób myśli: “OK, to nad stroną główną trzeba popracować najpierw, bo jest najważniejsza”. Okazuje się, że jak byśmy sobie odfiltrowali wszystkie karty produktów, jeśli one mają jakiś wspólny element w nazwie w URL-u, po którym możemy to złapać i jak sobie to zawęzimy, to najczęściej to właśnie karty produktu generują najwięcej odsłon, a drugie w kolejności są strony kategorii, bo to na nie bardzo często ludzie trafiają z reklam, z wyszukiwań organicznych, z porównywarek cenowych, z wszelkich agregatorów.

Tak że tutaj warto najpierw spojrzeć, które strony w ogóle warto optymalizować i w tym Analytics pomaga. Pokazuje, które strony są najpopularniejsze, które z nich niedomagają pod kątem metryk i pokaże nam też, jak wygląda nasz lejek sprzedażowy, jeśli mamy kilka kroków właśnie do dokonania zakupu, czy do przejścia, na przykład w przypadku aplikacji takiej bardziej SaaSowe. Jeśli mamy proces taki onboardingowy, gdzie mamy kilka kroków, które trzeba przejść, wypełnić jakieś dane, wybrać jakieś opcje, żeby zacząć korzystać z narzędzia, to też Analytics nam powie, na którym kroku najwięcej ludzi odpada, na którym kroku jest przede wszystkim problem. To narzędzie oczywiście znane i lubiane bardzo szeroko, z którego warto też skorzystać na początku.

Warto najpierw spojrzeć, które strony optymalizować. W tym pomaga Analytics

 

Nie zawsze lubiane.

Ale znane na pewno i popularne. Nie warto się go bać i warto zajrzeć tam na początku, żeby sprawdzić też w tych kolejnych badaniach, na których aspektach tego serwisu w ogóle się nie skupiać. Myślę, że przykład ze stroną główną w e-commerce trochę to obrazuje, że można jednak zacząć tę optymalizację serwisu od złego miejsca, jeśli się nie upewnimy w danych liczbowych, co tak naprawdę jest ważne i gdzie ci użytkownicy najczęściej są, co najczęściej widzą.

Strona główna jest nie tylko w e-commerce, bo jak jeszcze prowadziłam blog kulinarny, w sumie teraz ten obecny też, jak się zaczyna myśleć o zmianie layoutu strony, to się zaczyna myśleć o stronie głównej. Tak naprawdę, jeżeli się ma większość ruchu z wyszukiwarki, to na stronę główną, to mało kto w ogóle zagląda, tylko zawsze na strony wpisu i to jest ten sam case. Tutaj akurat może nie ten sam case, bo w Analyticsie w e-commerce może być najwięcej ruchu na tych stronach, ale o tym myśleniu, że strona główna, to jest taka wizytówka i ona musi być dopieszczona, to jest tak, jak teraz błędem jest myślenie głównie o desktopie, a nie o mobilu. Czy jeszcze jakieś narzędzia?

Zgadzam się w 100 procentach z tym, co mówisz. Ja się tak trochę przyczepiłem tych e-commerce, bo myślę, że najłatwiej mi zobrazować te różne przykłady. Natomiast faktycznie, przy blogach tak jest i, tego nie wiem aż tak dobrze, ale podejrzewam, że w aplikacjach typu SaaS też tak często jest, że dużo ludzi ląduje właśnie przez bloga albo na przykład z jakiejś strony o funkcjonalnościach i niekoniecznie zawsze na tej stronie głównej. Ona pewnie jest ważniejsza, niż w przypadku tych blogów czy e-commerce akurat.

W SaaSach to cennik jest najważniejszy.

Tak. Natomiast mamy jeszcze wszelkie takie strony firm, powiedzmy, usługowych, gdzie też się zdarza, że jednak te strony z opisami usług potrafią generować bardzo dużo wejść i to od nich bardzo często ta wizyta się zaczyna, a nie od strony głównej. Jeśli ktoś szuka fraz związanych z projektowaniem sklepu internetowego, żeby zostać przez e-commerce, to pewnie trafi na stronę jakieś konkretnej usługi.

Oczywiście teraz tak sobie dywagujemy. Zawsze to po prostu trzeba sprawdzić, a to, że nam się wydaje, że ta strona główna jest taką wizytówką, nie jest najważniejsza, to myślę, że wynika z dwóch rzeczy – strona główna i ta desktopowa. Z rzeczy jednej to wynika, te dwa aspekty, żeby tutaj to trochę wyklarować. Myślimy, że najważniejsza jest strona główna i wersja desktopowa strony, wynikają z tego, że my pracujemy w taki sposób zwykle nad naszymi stronami, nad stronami naszego biznesu, że pracujemy przy komputerach i zaczynamy wizytę od strony głównej.

Jak ja wchodzę na mojego bloga, to nie pamiętam, kiedy ostatnio wszedłem przez inną stronę, niż przez stronę główną. Zawsze strona główna, bo nie szukam go sobie w Google, tylko wpisuję bezpośrednio adres. Chyba że wchodzę w panel administracyjny i tyle. Jeśli pracujemy przy sklepie internetowym też najczęściej chcemy sobie coś w nim sprawdzić, nawet jak tam wygląda karta produktu, się zastanowić, co byśmy tam zmienili, to wchodzimy najpierw na stronę główną, a jeśli jesteśmy pracownikami, czy mamy swój biznes, ale nie jesteśmy osobami odpowiedzialnymi za tę stronę i zajmujemy się nimi w pracy, to pracujemy sobie na komputerach, widzimy to zawsze na desktopie i może nam nie przyjść do głowy, że jeśli ściągamy większość ruchu z Facebooka, to będziemy mieć większość ruchu mobilnego na stronie.

To nawet może być ponad 90 procent.

Tak, to tak właśnie wygląda. Dlatego warto sobie zajrzeć do Analyticsa i nawet popatrzeć na poszczególne kanały i na to, z jakich urządzeń tam ludzie wchodzą, czy to jest desktop czy mobile, bo właśnie na tych platformach social media może być to 90 procent czy więcej. Wtedy może nam się zmienić myślenie o tym, które aspekty tej strony są najważniejsze i może nam się zapalić lampka, że jeśli mamy 70 procent ruchu z mobile, to może warto najpierw ten audyt UX-owy i te wszystkie analizy zrobić z naciskiem na mobile.

Warto w Analyticsie sprawdzić z jakich urządzeń i kanałów wchodzą do nas ludzie

 

I chodzić po swojej stronie jak użytkownik właśnie mobilny. Też na komputerze możemy sobie to ustawić prawym przyciskiem ZBADAJ, tylko że to jest niewygodne, bo to jest wszystko małe takie.

Ale dobra porada, żeby jednak sobie na telefonie też naszą stronę regularnie otwierać.

Analytics, Hotjar, Smartlook, to narzędzie nowe.

Usability Hub. Będzie link w notatkach.

Jeszcze jakieś, czy lepiej się już nie rozdrabniać i inne są podobne?

Narzędzia narzędziami, ale one nie zrobią za nas pracy, więc dlatego też nie chcę tutaj za dużo tych narzędzi podawać. Zrobimy konkretną listę w notatkach. Natomiast najważniejsze w tym wszystkim to jest to, żeby osoba, która tym audytem UX-owym się zajmuje po prostu miała odpowiednią wiedzę i też doświadczenie, żeby móc wyciągnąć odpowiednie wnioski z tych wszystkich analiz, żeby zauważyć, co rzeczywiście tam nie działa, co jest problemem i w naprawę jakich problemów warto zainwestować, a którymi nie warto się przejmować, bo to są błahostki. Generalnie narzędzia same w sobie raczej nam tego nie podpowiedzą. Tutaj trzeba włożyć to trochę czasu i energii.

Pooglądać nagrania.

Żeby te rzeczy wyciągnąć, a później, żeby znaleźć też dla tych problemów dobre rozwiązanie, które sprawi, że ta strona będzie nam lepiej konwertować.

To powiedz mi jeszcze tylko tak na koniec, ile taki audyt może kosztować? To jest zawsze najciekawsze.

Tak, zawsze najciekawsze i zawsze odpowiedź jest – to zależy. Niestety. Aby dać takie widełki cenowe, to myślę, że taki najprostszy audyt jakiegoś bardzo prostego serwisu, czy sklepu internetowego, gdzie będzie niestety tylko pewnie taka prosta analiza heurystyczna i rekomendacje tekstowe, bez rozrysowanych potencjalnych zmian na stronie, czy przykładów innych rozwiązań, to od 1000-1500 złotych netto można znaleźć takie oferty.

Natomiast audyt, który ma masę różnych analiz, którego efektem końcowym jest przepiękny raport z bardzo dokładnymi opisami poszczególnych problemów rekomendacji rozwiązań, z pakietem makiet, czy nawet już finalnych designów, poprawionych ekranów, z wliczonymi tymi trzygodzinnymi spotkaniami, na których omawiamy cały raport bardzo szczegółowo, co z czego wynika, dlaczego, później też te designy były zrobione oczywiście z trzema rundami poprawek, konsultacji, to te koszty, wiadomo, rosną.

Tutaj myślę ciężko nawet o jakichś górny limit. Mogą iść te wyceny w dziesiątki tysięcy złotych, pewnie nawet ponad sto tysięcy, jakby ktoś się uparł i chciał zrobić nie wiadomo jak kompleksowy audyt.

Ale jestem takim sklepem. Fajnie jest tam sto tysięcy użytkowników miesięcznie, x-setek transakcji. Nie jestem malutka, nie jestem też wielka, średni audyt z jakimiś wnioskami i takimi sugestiami opartymi na jakichś analizach, i może nagraniach użytkowników, ale z Hotjara to tak mniej więcej ile by kosztowało?

Nie idziemy w wielkie operacyjne projekty. To myślę, że właśnie w takich widełkach 3 do 10 tysięcy netto można się zmieścić. Przy czym te widełki górne, to już jest faktycznie też dostarczenie konkretnych makiet, takich low fidelity.

To takie proste czarno-białych makiety gdzie, co wstawić, jak coś poprawić, żeby było lepiej. Nie będzie to pewnie sam suchy raport, czy sucha rekomendacja, ale też już konkretne kierunki tego, jak ten serwis poprawić, co jest też przydatne. Wtedy możemy od razu przejść do implementacji bez tej części zastanawiania się: “OK, tutaj mamy opisaną rekomendację, ale teraz trzeba sobie wyobrazić, jak to ma wyglądać i jeszcze to naszkicować albo powiedzieć grafikowi, jak ma się za to zabrać.” Także taki przedział, myślę, 3-10 tysięcy. Zresztą na stronie u mnie też jest cennik właśnie różnych pakietów i podane są ceny, które też są cenami orientacyjnymi.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że są różne typy serwisów i też sklepy internetowe potrafią być mniej i bardziej rozbudowane. To też powoduje, że poszczególne nawet analizy zajmują różną ilość czasu, więc tutaj to się też może wahać. Podobny zakres i jego cena się może wahać od serwisu do serwisu.

I to lubię. Chociaż to zawsze zależy, jak się jest bardzo upierdliwym podczas pierwszej rozmowy. Niestety. Powiedz mi jeszcze czy masz jakieś strony, książki fajne do poczytania, czy coś nowego się znalazło? Co byś chciał jeszcze zarekomendować od naszej poprzedniej rozmowy? Oczywiście podamy w notatkach?

Nowego nie, ale skoro jesteśmy przy tematach UX-owych, a ostatnio byliśmy przy analitycznych, to podam trochę inne książki. Myślę, że taką trochę biblią UX-ową jest książka Nie każ mi myśleć, chyba się to nazywa po polsku, Steve Krug jest autorem.

Tak, taka czerwona okładka.

Don’t Make Me Think – to jest strona, gdzie faktycznie autor takim dość prostym i zabawnym też momentami językiem…

Strona czy książka?

Książka. Powiedziałem strona? To jest książka, gdzie autor takim właśnie dość prostym, zabawnym językiem opisuje różne problemy UX-owe na stronie, ale też pokazuje dobre rozwiązania. To jest na pewno fajna książka w zasadzie chyba dla każdego, kto tym biznesem online się zajmuje, żeby lepiej właśnie ten UX zrozumieć, lepiej zrozumieć to, jak budować strony, które są dla użytkowników proste, zrozumiałe i dobrze konwertują.

I nie trzeba myśleć.

To przede wszystkim ta książka. Myślę, że na niej poprzestanę, dlatego, że podejrzewam, że jak tę książkę już przeczytają słuchacze podcastu, to już się naprawdę może bardzo dużo zmienić w ich myśleniu o UX. Także, żeby też nie zamęczyć lekturami polecam zacząć od tego.

I Twój blog oczywiście. Tam pewnie też są jakieś wnioski czy głównie o analityce piszesz?

Ostatnio więcej o analityce, natomiast można znaleźć właśnie wpisy dość rozbudowane o tym, jak zrobić analizę heurystyczną samodzielnie, o tym jak zrobić ankiety wśród klientów. Mam tam też dodatkowe zasoby, typu już gotowe pytania do takich ankiet, czy nawet treści maila, jaki można wysłać, to jest wszystko do pobrania. Plus też taki artykuł, który mogę polecić jako że główny, pierwszy taki punkt, na którym się trzeba skupić w analizie, w audycie strony, czyli czytelność strony i to, jak to wpływa na konwersję.

Tam jest też sporo właśnie przykładów na ten temat, sporo takich rzeczy praktycznych, które można z tego wyciągnąć. Oczywiście troszkę trzeba się cofnąć w tych wpisach, które publikowałem, ale da się to znaleźć, więc też jak najbardziej polecam.

To ja w notatkach na pewno podam linki do tych artykułów, a zawsze sobie jeszcze można w archiwum u Ciebie poszperać. Dziękuję Ci ślicznie. Jak zawsze nasze rozmowy są długie i dłuższe niż planowaliśmy. Dużo się dowiedziałam. Właśnie fajne tak zderzyć sobie nowe narzędzia. Dalej nie pamiętam tego narzędzia nowego, co powiedziałeś.

Usability Hub.

Teraz już będę wiedziała. Za trzecim razem na pewno zapamiętam, Usability Hub. To sobie też przejrzę i pewnie do następnej rozmowy. Pewnie jakichś fajny temat znajdziemy. Zaprosiłam Cię ponownie, bo dużo fajnego feedbacku dostałam, że ciekawy temat i trzeba pociągnąć właśnie te kwestie. Tak mówiłam Ci wcześniej -myśl o podcaście.

Dzięki. Cieszę się, że było dużo pozytywnego feedbacku. Mam nadzieję, że z tym odcinkiem będzie tak samo i że sporo wartości uda się tutaj słuchaczom uzyskać.

Dzięki.

 

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

Chcesz rozkręcić swój biznes w Internecie? Chcesz zacząć zarabiać na swojej pasji dzieląc się wiedzą i doświadczeniem na blogu? Nie wiesz od czego zacząć by efektywnie rozkręcić biznes w Internecie i zarabiać na blogu, czyli treściach, które tworzysz?

Jeśli tak, to posłuchaj mojej rozmowy z Bartkiem Czekałą, który jest znany z tego, że umie się uczyć i wciąż się uczy 🙂 Zobacz jak rozkręcić biznes on-line za granicą.

 

 

Bartek to człowiek wielu specjalności i umiejętności, swoją pasję do zgłębiania wiedzy o sposobach nauki i systemach pamięciowych wykorzystuje do zarabiania na kilku płaszczyznach. Po pierwsze uczy ludzi jak się uczyć, po drugie sam się uczy by jeszcze więcej uczyć innych, po trzecie …. no dobra, już nie będę zapędzać się dalej.

Bartek nie tylko uczy uczenia się, ale i języków obcych, których zna kilka. Co ciekawe swoją przygodę z biznesem online rozpoczął od razu globalnie pisząc najpierw bloga po angielsku, a następnie tworząc kurs internetowy skierowany głównie do osób anglojęzycznych (choć Polacy też z niego korzystają, w tym ja). I właśnie o tym rozmawiamy – jak to się zaczęło, jak rozkręcało i jakie wnioski Bartek wyciągnął dla siebie i dla innych.

jak rozkręcić biznes on-line

W tym odcinku “FO 042 Jak rozkręcić biznes on-line za granicą?” rozmawiamy o tym:

  • kiedy warto zacząć monetyzować bloga?
  • jaka jest różnica między czytelnikami polskimi, a zagranicznymi?
  • jak zarabiać w Internecie anglojęzycznym?
  • jak zarabiać na blogu?
  • od czego zacząć zarabianie na blogu?
  • jak określić jak prowadzić bloga?
  • jak określić grupę docelową, która będzie od Ciebie kupować?
  • jak poznać potrzeby Twoich klientów?
  • skąd wiedzieć jaki produkt stworzyć, aby był kupowany?
  • jak tworzyć treści marketingowe i sprzedażowe?
  • co gdy naszą konkurencją są ogromne firmy?
  • jak poznać czy pomysł ma sens i przyniesie dochód?
  • gdzie szukać pomysłów na produkty?
  • czym jest mapa konkurencji i po co ją tworzyć?
  • jak pozyskać pierwszych klientów?
  • ile inwestować w reklamę przy promocji produktu?
  • kiedy odpuścić i zmienić strategię?
  • ile trzeba prowadzić bloga, aby zacząć zarabiać na blogu?
  • jak osiągnąć sukces pisząc bloga lub ogólnie tworząc treści w Internecie?
  • czy da się zarabiać na reklamach na stronie i afiliacji?

 

 

Ciekawe no nie? Nie dziwi mnie decyzja Bartka o wyjściu od razu na rynek międzynarodowy. Sama często zachęcam do tego osoby, które znają dobrze język angielski. Wychodząc do klienta anglojęzycznego Twoja grupa docelowa zwiększa się wielokrotnie, a ceny jednostkowe mogą być o wiele wyższe. To co u nas wydaje się bardzo drogie, na zachodzie często jest nie odczuwalnym wydatkiem.

Ze swojej strony zachęcam Cię do odwiedzenia blogów Bartka, a także posłuchania jego rozmów z Dawidem Straszakiem z Podcastu Charyzmatycznego. W jednym odcinku poruszają temat nauki języków obcych, a w drugim- efektywnej nauki. Ten drugi odcinek jest ciekawy pod tym kątem, że Bartek obala teorie szybkiej nauki przez mapy myśli, zakreślanie czy naukę szybkiego czytania – o tym mogliście posłuchać u mnie w odcinku FO 032 – Jak rozwijać kompetencje, gdy brak czasu – sposoby i metody na szybką naukę. Mega ciekawe kontrargumenty do zastanowienia 🙂

PCh 005: Jak uczyć się języków obcych, nawet jeżeli jesteś miękką bułą? Z poliglotą Bartkiem Czekałą 
PCh 023: Jak uczyć się efektywnie

Bartosz Czekała w sieci:
Anglojęzyczny blog Universe of memory
Polskojęzyczny blog Universe od memory
Kurs jak się uczyć języków Vocabulary Labs
Bartosz Czekala na Linkedin

Ja Ci dziękuję, że jesteś, słuchasz i dzielisz się feedbackiem! To dla mnie naprawdę bardzo ważne 🙂

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

 

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

Jeśli słuchasz podcastów, nie tylko mojego, to zapewne znasz mojego dzisiejszego gościa. W sumie to już jego czwarty występ tutaj! Taka niespodzianka 🙂
Dziś rozmawiam z Dominikiem Juszczykiem o tym jak zbudować wierną społeczność dzięki zasadzie “Dawaj i bierz”.

 

 

Dominika mogłeś usłyszeć także w odcinku:

Dominika zaprosiłam w ramach cyklu, który tworzę z magazynem Marketer+ (to nie jest kryptoreklama) ku chwale i promocji podcastów w Polsce. W ramach tego cyklu rozmawiałam już z Markiem Jankowskim z podcastu Mała Wielka Firma FO 037 Jak wykorzystać podcast w biznesie?

Zasada “Dawaj i bierz” w promocji biznesu

Dominik jest zajefajnym przykładem jak dzięki podcastowi zbudować społeczność ludzi, którzy zaczynają być po prostu “wizytówką” Ciebie. Chodzi o społeczność ludzi, którzy pomagają Ci w promocji tego co jest dla Ciebie ważne i czym chcesz zarażać ludzi, a ponadto po prostu mówiąc o Tobie innym zwiększają Twój zasięg. Stworzenie takiej społeczności wymaga naprawdę dużo pracy, odwagi i pomysłowości. Niewielu to się udaje, dlatego teraz masz okazję dowiedzieć się jak to zrobił introwertyk, do tego bardzo skromny introwertyk! 🙂

A jeśli chodzi o cykle o podcastach, który właśnie współtworzę z Marketer+ to w ostatnim wydaniu ukazał się mój artykuł “Podcast w promocji biznesu – czy warto uwzględnić podcasty w swojej strategii content-marketingowej?”

Z podcastu FO 041 Zasada “Dawaj i bierz” w promocji biznesu dowiesz się:

  • jak to się stało, że Dominik zaczął nagrywać podcast
  • jak dotrzeć z podcastem do coraz większej grupy osób
  • czy robić grupę zamkniętą czy otwartą na Facebooku?
  • jak dbać o porządek na grupie na Facebooku?
  • jak radzić sobie z konfliktami na grupie na Facebooku?
  • gdzie leży granica transparentności w Internecie?
  • jak tworzyć newsletter, który będzie czytany?
  • czy rozmowa i budowanie relacji ze społecznością to praca czy też nie?
  • jak pogodzić czasowo budowaniem społeczności z innymi obowiązkami?
  • dlaczego podcast, a nie Youtube?
  • jak dzięki podcastom uwiarygadniać siebie jako specjalistę w danej dziedzinie?

 

Zasada "Dawaj i bierz" w promocji

 

Budując społeczność wokół swojej osoby czy biznesu ważne jest by:

  • wiedzieć dlaczego to robisz
  • być regularnym
  • ustalić zasady uczestnictwa w tej społeczności i samemu ich też przestrzegać
  • tworzyć miejsce, w którym sam chciałbyś być

Od kogo Dominik uczy się o budowaniu społeczności:

  • Pat Flynn
  • Chris Ducker
  • Ola Budzyńska – Pani swojego czasu

Dominik Juszczyk w sieci

Naprawdę jestem pod wrażeniem tego co osiągnął Dominik. Zebrać wokół siebie tylu pozytywnych ludzi, którzy chcą Ci pomagać, bo widzą wartość jaką im dajesz, to jest naprawdę rzadkie na świecie. Dominik jest zwykłym człowiekiem, takim jak ja czy Ty, który po prostu dając innym “coś” od siebie, otrzymuje “coś” od innych. Warto się nim inspirować. Ale taka rada ode mnie, mniej z tyłu głowy, że Dominik jest fanem produktywności i mało kto jest w stanie zrobić tyle w ciągu dnia co on, więc jeśli będziemy dawać innym choć 50% tego co on to świat będzie fajniejszy. No to tym słodzącym Dominikowi akcentem żegnam się ciepło i chętnie dowiem się od Ciebie co sądzisz o takiej strategii i czy może znasz inne przykłady budowania społeczności wokół marki lub osoby.

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

 

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

Czy próbowałeś zbudować kiedyś społeczność wokół sklepu internetowego? Jeśli tak to zapewne wiesz jakie to trudne zadanie. Dziś porozmawiam z osobą, która wie jak zbudować społeczność w e-commerce – co więcej zaangażowaną społeczność.

 

 

W tym odcinku podcastu rozmawiam z Joanną Borucką, którą mogłeś już poznać w 18 odcinku podcastu FIRMA ON-LINE. Rozmawiałyśmy wówczas o sklepie internetowym jaki stworzyła Asia i który sprzedaje vouchery na przeżycia, a konkretnie o Katalogu Marzeń rozmawiałyśmy. W tym odcinku rozmawiamy o czymś naprawdę WOW i to z kilku powodów!

  • WOW – bo sam pomysł na akcję marketingową angażującą tak dużo ludzi i mającą tak duży zasięg przy stosunkowo niewielkim nakładzie finansowym.
  • WOW – bo to dokonanie czegoś bardzo trudnego w e-commerce, a mianowicie zbudowanie aktywnej społeczności wokół sklepu internetowego
  • WOW – bo to podejście do biznesu, podejście które nie zakłada jedynie zysków, a także danie czegoś więcej, działania w zgodzie z wyznawanymi wartościami. Kasa jest ważna, ale nie jest to głównym celem.

Ja tu o WOW WOW, a pewnie chcesz konkret. Zatem posłuchaj o case study budowania społeczności wokół sprzedającego biznesu, poznaj #ChcęToPrzeżyć

A jeśli wolisz czytać, to na samym dole znajdziesz transkrypcję odcinka “Zbuduj społeczność w e-commerce – case study #ChcęToPrzeżyć”

Na samym dole jeszcze 3 ważne ogłoszenia, o których mówię na początku odcinka 🙂

 

 

Wspominałam, że jak oglądam zdjęcia z poprzednich edycji to czuję emocje tych ludzi. To prawda, to niesamowite uczucie. Zresztą zachęcam Cię do odwiedzenia profili społecznościowych akcji #ChcęToPrzeżyć i zobaczeniu tej radości i energii na własne oczy.
#ChcęToPrzeżyć na Facebooku
#ChcęToPrzeżyć na Instagramie 
#ChcęToPrzeżyć strona, gdzie można się zgłosić do akcji
A jeśli słuchasz tego przed 30 kwietnia 2019 r. to możesz się również zgłosić i przeżyć to samemu. 

zbuduj społeczność w e-commerce

zbuduj społeczność w ecommerce

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

“FO 040 Zbuduj społeczność w e-commerce – case study #ChcęToPrzeżyć” – transkrypcja odcinka

Agata: Cześć Asiu.
Asia: Cześć.

Przyznam się, że jeszcze nie nagrywałam tak wcześnie podcastu. Jest co prawda chwila po 8.00, ale wstając o 5.00 rano, to już pora na drugie śniadanie. Miałyśmy przyjemność rozmawiać już w 18. odcinku podcastu i rozmawiałyśmy trochę o tym, jak spełniać marzenia, o e-commerce, który sprzedaje vouchery na przeżycia. Osoby, które słuchały tamtego odcinka, to już Cię pewnie kojarzą, ale powiedz proszę, w skrócie, coś o sobie.
– Cześć wszystkim raz jeszcze. Co Wam mogę o sobie powiedzieć? Odnośnie tej rozmowy, najważniejsze jest to, że prowadzę firmę Katalog Marzeń, która oferuje prezenty w formie przeżyć, które pozwalają na spełnianie marzeń. Jestem też zaangażowana w mniejszym stopniu w kilka innych firm. W każdym przypadku najważniejsze jest dla mnie to, żeby firma miała charakter pozytywny. Żeby dawała coś pozytywnego zarówno pracownikom, jak i klientom – czy też społecznościom wokół nich zgromadzonych.
Prywatnie jestem mamą trójki dzieci i nieustannie myślę o tym, jak je wychować, by w życiu dorosłym były w stanie spełniać jak najwięcej swoich marzeń.

Fajne, ale trudne zadanie.
Tak, nie jest łatwo, ale to na następny podcast może.

Tak, tak, na pewno. A powiedz mi, bo spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o akcji „Chcę to przeżyć”, która też, z tego co wiem, ma za zadanie spełniać marzenia. Teraz trwa jej 3. edycja. Powiedz proszę, o co chodzi w tej akcji?

Bardzo dobrze to ujęłaś, bo w największym skrócie chodzi właśnie o to, by umożliwić ludziom spełnianie marzeń, a przynajmniej takie było nasze początkowe założenie. Tak naprawdę okazało się, że „Chcę to przeżyć” jest czymś zdecydowanie większym. Jest akcją, która motywuje ludzi do tego, żeby zrobić coś fajnego, aktywnego, żeby brać życie w swoje ręce. Żeby wstać z kanapy, a nie siedzieć tylko przed telewizorem, żeby spełniać swoje marzenia.

Dobrze, ale jak spełniać te marzenia?

Spodziewałam się, że zapytasz o ten konkret. Zapraszamy do akcji niemal każdego. Jedynym ograniczeniem jest wiek – trzeba mieć ukończone 18 lat. Niektóre atrakcje są po prostu dostępne tylko dla osób pełnoletnich. Jest jeszcze jedno ograniczenie, w akcji niestety nie mogą brać udziału pracownicy Katalogu Marzeń.

A rodzina pracowników?

Też, przypomniałaś mi, pracownicy i najbliższa rodzina. Jednak patrząc na ogół społeczeństwa w Polsce, tych wykluczeń jest jednak nie wiele. Zapraszamy wszystkie osoby, poza tymi wymienionymi przed chwilą, żebyście się zarejestrowali w naszej akcji. Żebyście opowiedzieli w kilku słowach, dlaczego chcecie wziąć udział. Żebyście też podali linki do swoich profili w mediach społecznościowych, za chwilę wyjaśnię, dlaczego.

Spośród wszystkich nadesłanych zgłoszeń, wybierzemy określoną liczbę osób. W tym roku będzie to, podobnie jak w zeszłym, 600 osób, które zaprosimy do spełniania swoich marzeń. Wszystkie osoby będą mogły wybrać spośród kilku – kilkunastu marzeń, atrakcji – jedno. Każda osoba, która dostanie się do akcji będzie mogła zrealizować chociaż jedno swoje marzenie.

Powiedziałam o linkach do profili w mediach społecznościowych, powiedziałam o marzeniach, a teraz połączmy to w całość. Ideą akcji jest to, żeby osoby, które w niej uczestniczą, publikowały relacje ze zrealizowanych marzeń na swoich profilach. Żeby umieszczały zdjęcia, filmiki, czy dowolne inne formaty przez siebie wymyślone. Następnie, żeby pisali szczerze, jak im się podobało, jakie odczuwali emocje, czy zrealizowaliby jeszcze raz coś podobnego. Generalnie, nie narzucamy ani formy, ani treści, tylko prosimy o relacje ze zrealizowanych marzeń.

Następnie spośród wszystkich osób wybieramy grupę, którą zapraszamy do kolejnego etapu, w którym będą do zrealizowania nowe marzenia. I proces się powtarza. Ponownie z osób, które umieszczą relację na swoich profilach w mediach społecznościowych w drugim etapie, wybieramy grupę osób, która przejdzie do trzeciego etapu. W trzecim etapie są do zrealizowania marzenia, na które najwięcej osób czeka. Numerem jeden spośród marzeń jest skok ze spadochronem. Na drugim miejscu jest lot balonem. Są też inne atrakcje, na przykład wyprawy off-road, ale z doświadczenia wiemy, że największą popularnością cieszą się właśnie skok i lot. Dodam jeszcze, że spośród finalistów wybieramy trójkę zwycięzców, którzy otrzymują abonament na spełnianie marzeń. W Katalogu Marzeń, oczywiście. Zwycięzca otrzymuje roczny abonament, drugie miejsce – półroczny, a trzecie miejsce – kwartalny abonament.
Roczny abonament to 12 voucherów, drugie miejsce – 6, a trzecie miejsce to 3 vouchery na spełnianie marzeń.

Spełniają marzenia, dzielą się tym w mediach społecznościowych, ale co Wy z tego macie? Nie są to influencerzy. Jakie były założenia biznesowe na początku?

Zacznę od samego pomysłu, bo to dużo wyjaśnia. Pomysł miał charakter bardzo spontaniczny. Kiedyś w ramach spotkania poświęconego naszym projektom, działaniom marketingowym, budżetom, kosztom związanym z poszczególnymi działaniami, zadaliśmy sobie pytanie – co można zrobić, jakie działania podjąć, żeby przekierować pieniądze, które idą do dużych korporacji do Google’a, Facebook’a na coś mającego pozytywny efekt społeczny, a jednocześnie uzyskać efekt marketingowy. Efekt komunikacyjny, wizerunkowy, zasięgowy. Wcześniej myśleliśmy o projektach tzw. ambasadorskich, żeby rozbudować sieć ambasadorów w Katalogu Marzeń, ale nie mieliśmy precyzyjnej koncepcji, jak to zrobić, ale gdzieś to z tyłu naszej głowy było. W momencie, gdy myśleliśmy, jak przekierować te budżety, by było o nas słychać, dzięki tym nowym działaniom, wtedy jeszcze nie wiedziliśmy jakim, to tak od słowa do słowa w toku dyskusji wyszło, żebyśmy właśnie zaprosili ludzi, którzy by realizowali nasze atrakcje i publikowali relacje z ich realizacji w mediach społecznościowych.

To była pierwotna idea, a potem zaczęliśmy na niej budować i zastanawiać się, jaki zastosować mechanizm, żeby faktycznie relacje były publikowane. Żeby cel biznesowy, którym jest budowa komunikacji, budowa świadomości, po pierwsze produktu, takiego jak voucher na prezent w formie przeżycia. A po drugie budowanie świadomości, że Katalog Marzeń taki produkt oferuje, że jest firmą, której zależy na spełnianiu marzeń ludzi. Wizerunku pozytywnej firmy, tak to w największym skrócie określam. Żebyśmy mogli osiągać te cele, to potrzebne są zasięgi.

Zastanawialiśmy się nad mechanizmem, dzięki któremu te relacje by powstawały – nie lubię używać tu słowa konkursu, on co prawda ciśnie się na usta, chciałam powiedzieć mechanizm konkursu, ale chcemy to przeżyć jako akcje zarówno wizerunkową, marketingową, ale również społeczną, która daje coś pozytywnego ludziom. Powstał zatem mechanizm etapowy, gdzie na pierwszym etapie de facto „w ciemno” umożliwiamy spełnianie marzeń ludziom, licząc na to, że ludzie jednak są pozytywni, że jak umożliwimy im spełnienie marzenia, to podzielą się tym w mediach społecznościowych, a poza tym, że będzie im zależało, by przejść do kolejnego etapu i realizować następne marzenia.

I faktycznie to się sprawdziło. Nie wiedzieliśmy, czy tak będzie. Pierwszy etap był pilotażowy, na niewielką skalę, tylko w Warszawie. Wtedy do uczestnictwa zaprosiliśmy 60 osób. Już przy tej skali wszystkie nasze założenia zweryfikowały się pozytywnie, a tak naprawdę osiągnęliśmy więcej, niż zakładaliśmy. Efekt był oszałamiający. Zobaczyliśmy, że to nie jest zwykła akcja marketingowa, tylko, że jest to akcja społeczna, aktywizacyjna, promująca spełnianie marzeń i pozytywne podejście do życia.

Z tego co mówisz, to widzę, że zaprosiliście do współpracy nie mikroinfluencerów, ale nanoinfluencerów, którzy mimo że nie mają dużych społeczności, to też mają wokół siebie ludzi, którzy są Waszymi potencjalnymi klientami. Bo chyba każdy chce spełniać swoje marzenia?

Dokładnie tak. Nam zależało na autentyczności. Wyszliśmy z założenia, że zaproszenie „zwykłych ludzi” do akcji i nie narzucanie w żaden sposób formuły uczestnictwa w naszej akcji oraz żadnej formy relacji, jak ma wyglądać, pozwolą nam właśnie na pokazanie autentyczności. To też się w 100% sprawdziło. Filmiki, które dostaliśmy, zaangażowanie ludzie, którzy robili kubki, koszulki, czapeczki z naszym logo, malowali je sobie na policzkach – logo akcji „Chcę to przeżyć” czy Katalogu Marzeń, to było niezwykłe. Ja bym nie wpadła na taki pomysł przy współpracy z influencerami o większym kalibrze, a tu ludzie samodzielnie to wymyślili. Z takich ciekawostek, to w drugiej edycji dostaliśmy misia z logo „Chcę to przeżyć”, to było słodkie. Dostaliśmy bransoletki z hasłami akcji. To też było niezwykłe.

Pozwoliliście spełniać marzenia, o ile oczywiście jest to marzenie np. skok ze spadochronem dla osób, które nigdy tak naprawdę nie byłoby na to stać, bo to nie jest tania przyjemność. Więcej osób w tym samym budżecie, bo ja tu jednak myślę przez pryzmat biznesowy – przy mniejszym budżecie więcej osób miało fun.

Tak, dokładnie. Skok spadochronowy czy jazda gokartem, quadem, to nie są potrzeby podstawowe. Ludzie wolą wydać pieniądze na coś, co ma postać fizyczną, co będą mieć po zakupie, ale to się zmienia. Widzę bardzo silny trend w tę stronę, że coraz więcej prezentów jest kupowanych w formie przeżyć. Widzę to po wzroście Katalogu Marzeń w ostatnich latach, ale też obserwując w życiu prywatnym – na urodzinach u rodziny, znajomych, przyjaciół, jakie prezenty są wręczane. Coraz więcej jest prezentów niematerialnych i ludzie się z tego cieszą. Później opowiadają, jak było fajnie – na kolacji w ciemności, masażu czy podczas skoku spadochronowego.

Wrócę może do tego aspektu biznesowego. Na początku, podczas pierwszej edycji, nie zakładaliśmy sobie żadnego celu biznesowego. Nie zdefiniowaliśmy go dlatego, że był to unikalny pomysł w skali Polski, de facto nawet nie wiedzieliśmy, jaki cel liczbowy moglibyśmy sobie postawić. Co do kierunku działania, czyli świadomości rynku, na którym działamy oraz wizerunku Katalogu Marzeń, to wiedzieliśmy, że to chcemy osiągnąć, ale nie mieliśmy celu związanego z jakimś konkretnym zasięgiem, czy innymi znacznikami. Po prostu pomyśleliśmy, że brzmi to naprawdę fajnie i spróbujmy na wielką skalę i zobaczmy, co nam to da. Zobaczmy, czy to „zarezonuje” z ludźmi. Udało się, sprawdziło. Drugą, zeszłoroczną edycję, zrobiliśmy na większą skalę, zapraszając 600 uczestników.

W tym roku robimy podobnie, ale jakbyś zapytała mnie o cele biznesowe dla zeszłego i tego roku, to tutaj też nie mamy precyzyjnego wskaźnika. Mówię o tym dlatego, żeby oderwać się trochę od prowadzenia biznesu stricte przez liczby, wyliczając ROI, inne KPI dla każdego projektu, żeby na podstawie tych liczb podejmować decyzje, czy my dany projekt chcemy zrealizować, czy nie. W „Chcę to przeżyć” popatrzyliśmy tak, czy projekt jest spójny z naszą misją, czy on jest spójny z naszymi wartościami, czy on z całym naszym zespołem „rezonuje”, czy my wiemy, że to jest to, że tego typu akcja pozwoli nam iść w tym kierunku, w którym chcemy. Ale to wszystko bez precyzyjnego wyliczania ROI czy zwrotu z inwestycji w ten projekt.

Tak, cel biznesowy, który jest też trudny do oszacowania liczbami, to również budowanie społeczności, prawda? Tutaj jest świetny przykład, jak zebrać wokół siebie ludzi, zwłaszcza, jak przeglądałam wzmianki o „Chcę to przeżyć” w Internecie, to piękne były.

Tak, są po prostu niesamowite. To, o czym mówiłam, przerosło moje oczekiwania. Ludzie mówili, że akcja „Chcę to przeżyć” to petarda, że nic nie jest takie same w ich życiu, że mogli wrócić do marzeń z dzieciństwa i je zrealizować. Że mogli się zmobilizować, by już później na własną rękę spełniać w życiu marzenia. Tyle pozytywnych słów, tyle pozytywnych emocji, które dostaliśmy od uczestników akcji, to było niewyobrażalne. Nie wiem czy słychać, jak duży uśmiech mam na twarzy, ale za każdym razem, jak przypominam sobie to, co pisali, mówili nam uczestnicy akcji, to uśmiech na mojej twarzy się pojawia.

To jest naprawdę mega fajne, bo trudno jest zdobyć ludzi, którym się nie płaci, a którzy tak dobrze mówią. Bo ludzie na ogół dużo mówią, jak coś pójdzie nie tak. A tutaj feedback i wdzięczność są widoczne tak naprawdę przez cały rok. Na przykład hashtagi na Instagramie cały czas się pojawiają.

Tak, dokładnie. Niesamowite jest to, że mamy cały czas kontakt z uczestnikami. Oczywiście nie ze wszystkimi, ale najsilniejszy kontakt mamy z uczestnikami 3. edycji, finałów – to z nimi byliśmy w ramach akcji najdłużej. Zapraszaliśmy ich do nas. Dotychczasowe akcje kończyły się finałami na żywo, więc mieliśmy szanse spotkać się z uczestnikami. To wzmacnia relacje i w zasadzie sprawia, że staje się ona stała. Mam nadzieję, że będą one na długo. Co ciekawe, dwie uczestniczki akcji pracują dzisiaj w Katalogu Marzeń, co pokazało, że akcja jest dla nas również narzędziem rekrutacyjnym, co też było nieoczekiwane.

Co jeszcze daje nam społeczność? Różne pomysły na działania, które podsyłamy na grupę. Do każdej edycji akcji mamy osobną grupę, gdzie podsyłamy pytania i radzimy się uczestników akcji. Dla nas jest to bardzo cenne doświadczenie – dowiedzieć się, co o naszych pomysłach myślą osoby, które już nas lepiej znają. Myślę, że dla uczestników też jest to ciekawe doświadczenie, jeśli firma pyta ich o zdanie odnośnie nowych produktów i pomysłów.
Jeszcze w innej formie mamy kontakty z uczestnikami, na przykład teraz podczas uruchomienia 3. edycji. Uczestnicy poprzednich akcji promują sami kolejną edycję i zachęcają do wzięcia udziału swoich znajomych. Stali się de facto ambasadorami akcji, czyli wracamy do tego, o czym mówiłam na początku, gdzie chodziło nam o to, by taki program ambasadorski zbudować. Zrobiliśmy nawet więcej, bo to są ambasadorzy, ale tak jak powiedziałaś, również społeczność. To są ludzie, z którymi czujemy prawdziwą więź.

Tak, to jest w ogóle niesamowite, że Ci ludzie są cały czas z Wami. Aplikują, możecie się poznać, tak naprawdę to można porównać ich do pracowników z polecenia. A jak ich zapraszacie? Skąd ludzie dowiadują się o akcji? Jak ją promujecie?

Podstawowym kanałem promocji jest Facebook i Instagram. Nasze własne kanały w mediach społecznościowych. Promocja przebiega na zasadzie organicznej, ale również prowadzimy działania reklamowe, żeby zachęcić uczestników do wzięcia udziału w akcji. To jest pierwszy sposób. Drugi dzieje się w zasadzie samoistnie, gdzie uczestnicy poprzednich akcji udostępniają nasze posty lub sami piszą, że rusza kolejna edycja i zachęcają do udziału w niej. Zespół Katalogu Marzeń również udostępnia posty i promuje akcje. Zatem największym kanałem jest tzw. poczta pantoflowa.

W zeszłym roku prowadziliśmy też działania reklamowe na uczelniach. Duża część naszych uczestników to studenci. Nie działamy bardzo silnie, bo taka też była idea, żeby nasz budżet marketingowy nie szedł w stronę Facebook’a i Google’a, ale w kierunku umożliwiającym realizację marzeń. Akcja marketingowa nie ma aż tak ogromnego zasięgu, nie jest też aż tak kosztowna, jednak osiągamy efekt – kilka tysięcy zgłoszeń. I ponownie będziemy mieć kłopot, jak tu wybrać 600 uczestników? Zgłoszenia są bardzo sympatyczne i trudno dokonać wyboru, to jest nasz największy ból i największe wyzwanie. Na każdym etapie, gdzie później z 600 trzeba wybrać 200, a następnie 30, nie można wybrać wszystkich i to jest dla mnie największy dyskomfort, ale niestety nie można inaczej.

Tak, ja rozumiem te emocje – jak tu się przygotować, żeby wygrać, co zrobić, by przejść do kolejnego etapu? Moja koleżanka rok temu brała udział. Znajomy z Krakowa też słyszał o tym, więc jest o tym głośno. A czy te akcje jakoś się przełożyły na sprzedaż?

Jestem przekonana, że tak. Jeśli chodzi o konkretne liczby, to ciężko jest to zweryfikować. Jesteśmy w stanie sprawdzić, jaka część uczestników jest również naszymi klientami, zakładając, że posługują się tymi samymi adresami mailowymi. Moglibyśmy to zweryfikować, ale nie o to chodzi. Dzięki temu, że uczestnicy publikują w swoich mediach społecznościowych relacje z akcji, docierają do innych osób, które dowiadują się o naszej ofercie. I te osoby mogą stać się naszymi klientami. I to już jest bardzo trudno zmierzyć.

Z roku na rok rośniemy, mam na myśli przychody i zestawiając to z budżetem marketingowym, widzimy tu pozytywną tendencję. Wzrost jest szybszy niż zakładaliśmy. Tak było w poprzednich latach i mam nadzieję, że tak samo będzie w tym roku. Koszty pozyskania klientów spadają, „powracalność” klientów rośnie. Może trudno jest dokładnie zmierzyć, jaki wpływ ma na to akcja „Chcę to przeżyć”, ale jestem przekonana, że jest to wpływ znaczący.
To, co jesteśmy w stanie zweryfikować liczbowo, to zasięgi akcji. Prosimy uczestników, żeby przy relacjach dołączali hasztag akcji #chcętoprzeżyć oraz #katalogmarzeń. Dzięki temu, korzystając z Brand24, jesteśmy w stanie sprawdzić do jakiej liczby osób docieramy. W zeszłym roku był to około 1 mln osób. To musi działać. Ogólny wzrost biznesu również jest potwierdzeniem, że to ma sens.

Ja nie traktuję tej akcji jako sposobu na pozyskanie klientów. Nie mam intencji, by precyzyjnie sprawdzać, jak akcja przyczyniła się do wzrostu sprzedaży. Zależy nam, by rozwijać biznes w sposób społecznie odpowiedzialny. Szukamy sposobów, by oddziaływać pozytywnie na różne społeczności wokół nas. „Chcę to przeżyć” jest naszym największym działaniem, ale nie ograniczamy się tylko do tej akcji.

A co jeszcze?

A właśnie, w zeszłym roku w okresie świątecznym mieliśmy akcję z fundacją Mam Marzenie, która spełnia marzenia chorych dzieci. Akcja polegała na tym, że za każde zamówienie last minute (zamówienie w formie vouchera elektronicznego w formie pdf) na konto fundacji naliczaliśmy 5 zł. Jesteśmy teraz w fazie zamykania tej współpracy, zachęcam do obserwowania naszych profili w mediach społecznościowych, na dniach będziemy publikować informacje o efektach akcji.

To fajnie się łączy. Mówicie o akcji spełniania marzeń i fundacji, która pomaga spełniać marzenia. Można połączyć działania wizerunkowe, contentowe, pod SEO i social media. Można inwestować nie tylko w reklamę, tylko działać. Trzeba mieć pomysł i czas. Super, że jako firma potraficie wymyśleć takie rzeczy, bo to jest niekonwencjonalne. Nie jest to typowy konkurs czy aplikacja. Proste a skuteczne.

Tak, ja jestem przeszczęśliwa, że ta rozmowa, do której nawiązywałam na początku, miała miejsce. Podeszliśmy do tego z otwartymi głowami. Padały różne pomysły, nie wszystkie wydawały się dobre. Otwarte podejście oraz połączenie biznesu z czymś pozytywnym dla ludzi – udało się. Ważne jest, by siadać czasami z otwartą głową i po prostu rozmawiać. Pozwalać rozmowie, by schodziła na boczny tor. Tamto spotkanie to nie były warsztaty poświęcone temu, by wymyślić coś nowego. To była zwykła, cotygodniowa rozmowa, status marketingowy. Pojawił się pomysł, daliśmy mu czas, pozwoliliśmy odejść od standardowej agendy i przerodził się w coś fajnego. Otwartość na tego typu sytuacje – u nas zaprocentowała.

Pokazuje to też kreatywność zespołu, otwartość, gdzie nie wszędzie jest na to czas, chęć i przestrzeń. Mam jeszcze jedno pytanie, jak jest duża społeczność, jest zawsze ryzyko kryzysu. Zawsze znajdą się ludzie, którzy chcą bojkotować. Mieliście jakąś poważną sytuację, że komuś coś się nie podobało i buntował wszystkich?

Nie. Dla mnie jest to niezwykłe, że przy takiej liczbie osób i złożoności projektu, nie mieliśmy żadnej poważnej sytuacji kryzysowej. Zdarzały się jakieś uwagi, pytania, dlaczego tylko skoki są dostępne w tym terminie, że odwołali mi lot paralotnią, a ja w innym terminie nie mogę itp. Lot paralotnią akurat jest uzależniony od pogody, więc takie rzeczy się zdarzają. Pewne narzekania i komentarze się zdarzały, ale to nic groźnego, samo życie. Nie mieliśmy żadnej, większej sytuacji kryzysowej, mam nadzieję, że tak dalej będzie.

Wydaje mi się, że wiem, z czego to się bierze. Kluczem do sukcesu jest proces przyjmowania uczestników do akcji. Zdradzę troszeczkę, jakimi kryteriami się kierujemy. Wśród nich jest spójność z naszymi wartościami, z pozytywnym podejściem do życia. Szukamy ludzi, którzy są pozytywni, którzy na swoich profilach w mediach społecznościowych piszą o rzeczach sympatycznych. O tym, że coś im się miłego zdarzyło. Posty są takie, że ludzie doceniają rzeczy, a nie, że coś piętnują, marudzą czy wywołują konflikty. Myślę, że to jest kluczem do sukcesu.

Dobre podejście. Też się o tym mówi, żeby patrzeć na takie rzeczy, zatrudniając pracowników. Jeśli masz jakieś wartości, to żeby ludzie myśleli podobnie, żeby to samo cenili, to samo było dla nich ważne. Tutaj to się sprawdza.

Dokładnie tak. Patrzymy, czy ludzie są uśmiechnięci, radośni, czy robią coś dla innych. To jest klucz to tego, że społeczność funkcjonuje wokół Katalogu Marzeń. Ludzie czują, że mają dużo ze sobą wspólnego.

I chcą. Są otwarci na ludzi, doświadczenia. Jak przeglądałam zdjęcia z „Chcę to przeżyć”, to widziałam emocje na twarzach ludzi skaczących ze spadochronem. I ja, która mogę ewentualnie przeżywać masaż, a wyobrażam sobie siebie skaczącą, to aż mam łzy w oczach. Myślę sobie „Kurcze, to musi być naprawdę super”. Zaraz potem pojawia się strach, ale wywołuje to niesamowite emocje i chęć spróbowania. Może kiedyś się odważę, a raczej na pewno, bo już siebie przekonałam, tylko muszę jeszcze rękę wyleczyć. Zatem akcja działa. Podsumowując, powiedz proszę, czego nauczyła Cię ta akcja oraz o czym należy pamiętać budując społeczność wokół biznesu opartego na sprzedaży?

Najważniejsza rzecz to, że warto podejmować działania, których nie mamy wyliczonych biznesowo. Nie mamy pewności, czy one nam się zwrócą. Podejmujemy ryzyko biznesowe, ale w sytuacji, kiedy wiemy, że nasze działanie jest spójne z naszą misją, wizją i wartościami, to warto. Można się zabezpieczyć, robiąc np. pilotaż czy testy na inną skalę. Jeśli wierzymy w to, co wymyśleliśmy, to spróbujmy. Dajmy sobie szansę, by sprawdzić czy nasz pomysł ma sens.

Pod kątem budowy społeczności, powtórzę słowo, które już padło – autentyczność. To jest clue, żeby wszystko było autentyczne – komunikacja, mechanizm. Zależało nam, by każdy, kto się do akcji dostanie, miał korzyści dla siebie. Zaufaliśmy, że ludzie, których zaprosiliśmy do akcji, faktycznie relacje opublikują. Mieliśmy lekkie obawy, że ludzie zainteresują się akcją, a potem nie będą zainteresowane publikacją ich realizacji w mediach społecznościowych. Pomimo obaw, zdecydowaliśmy się akcję przeprowadzić. Zaufaliśmy, że ludzie będą dobrzy, pozytywni, że opublikują relacje.
Podsumowując: autentyczność obopólna – dla społeczności i dla firmy oraz zaufanie do ludzi. To są najważniejsze elementy.

Super, trzymam kciuki za ten rok. Jest to naprawdę inspirujące. Ja też ostatnio nakierowuję się na przeżywanie, na odrzucanie rzeczy. Może nie radykalny minimalizm, zero, eko i bio, ale na skupianie się na byciu. Spełnianie marzeń jest fajne. Trzymam kciuki za tą i kolejną edycję. Dziękuję bardzo za rozmowę.

Dzięki wielkie za rozmowę i trzymanie kciuków. Mam nadzieję, że dzięki temu podcastowi też pozyskamy kilku nowych uczestników. Serdecznie zapraszam. Jak to mówią uczestnicy, jest to akcja zmieniająca życie na lepsze.

Tak, właśnie. Też przełamanie barier. Ja na pewno podlinkuję do mediów społecznościowych, w notatkach powrzucam zdjęcia, żeby było czym się zainspirować. Też zachęcam, bo po zdjęciach i Twoich opowieściach wiem, że to jest super. Jeszcze raz dziękuję za rozmowę. Trzymaj się.

Dzięki.

 

Rubryka z ogłoszeniami 🙂

Po pierwsze chciałam przypomnieć, że wraz z rozliczeniem rocznym możemy przekazać 1% naszego podatku na osoby, którym ten mały procencik może uratować życie lub poprawić jego przeżywanie. Ja wiem, że Ty to wiesz, ale przypomnieć nie zaszkodzi. Jeśli nie masz pomysłu na kogo przekazać ten 1% to w notatkach do tego odcinka podpowiadam komu możesz pomóc. 1% to tak niewiele, a jednak bardzo wiele!

  • Fundacja “Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci” KRS 0000287982
  • Fundacja Spełnionych Marzeń pomagająca dzieciom chorym onkologicznie KRS: 0000128832
  • Rehabilitacja nastoletniego Nataniela, który wygrał walkę z rakiem
    KRS: 0000037904 Cel szczegółowy: 1%: 34213 Słomski Nataniel

Po drugie jeśli słuchasz podcastów, a domniemam, że tak (no, bo w końcu mnie słuchasz teraz) to fajnie jeśli podzielisz się tą swoją aktywnością z innymi. Trwa akcja #wiosenneprzebudzenie #sluchampodcastow mająca na celu promocję podcastów!
Po trzecie wraz z magazynem Marketer+ szerzymy wiedzę o podcastach w biznesie! Zarówno na stronie internetowej magazynu, jak i w wydaniach drukowanych będą ukazywały się moje artykuły o tym dlaczego podcast i biznes idą w parze 🙂 Rzecz jasna zachęcam do czytania.

Jeśli działasz w Internecie to zapewne słyszałeś o WordPressie. Albo o sklepie na WordPressie, albo o stronie czy blogu na WordPressie. To taki cms do zarządzania treścią, który z jednej strony jest prosty i daje ogromne możliwości, z drugiej strony to jego ogromna wada – łatwo przesadzić z wykorzystywaniem owych możliwości.

Dziś z moim gościem Piotrem Całką porozmawiam o … WordPressie rzecz jasna. To poniekąd będzie część cyklu “Na czym postawić sklep internetowy?” jednak wychodziliśmy też poza tematy e-commerce i rozmawialiśmy ogólnie o tej platformie.

 

 

 

Przeczytaj transkrypcję odcinka “Strona i sklep na WordPressie – nie taki diabeł straszny” tutaj >>

 

W podcaście “Strona i sklep na WordPressie – nie taki diabeł straszny” poruszyliśmy m.in. takie tematy jak:

  • Sklep na wordpressie czy na woocommerce? Jaka nazwa jest poprawna?
  • WordPress to open source, podobnie jak Magento i PrestaShop. Jakie są różnice między tymi oprogramowaniami?
  • Dlaczego nie jakieś rozwiązanie Saas typu Shoper czy Shoplo?
  • Jak szybko możemy postawić sklep na WordPressie?
  • Czy wtyczki do WordPressa są bezpieczne?
  • Jak dbać o bezpieczeństwo witryny?
  • Ile kosztuje stworzenie sklepu na Woocommerce?
  • Jak wybrać osobę, która naprawdę zna się na WordPressie?
  • Dla kogo Woocommerce nie jest?
  • Czy wordpress nie jest dla dużych sklepów?
  • Na co zwracać uwagę przy wyborze szablonów?
  • Ile kosztuje sklep na WordPressie?
  • Czego warto się samemu nauczyć chcąc otworzyć sklep na wordpressie?
  • Czy aktualizacje są niebezpieczne?

strona i sklep na WordPressie

Wtyczki WordPress  dla twórców kursów online:

zalety WordPressa:

  • mniej wymagający od Magento
  • to także platforma blogowa
  • w porównaniu do rozwiązań SaaS jak np. Shoper, ma społeczność ludzi, która rozwija platformę, ponadto nie wiąże nas z dostawcą
  • łatwiej znaleźć kompetentnych programistów niż od Magento czy PrestaShop
  • pozwala na dostosowanie sklepu do naszych potrzeb praktycznie bez ograniczeń (pomijając rzecz jasna finanse)
  • pozwala na dużą elastyczność rozwoju sklepu
  • niska bariera wejścia, możemy praktycznie sami postawić sklep na WordPressie

WordPress wady także ma i to nawet kilka. Takie najpopularniejsze jakie znam:

  • łatwo nauczyć się WordPressa i stać się “specjalistą”
  • częste aktualizacje wtyczek przez co jeśli ktoś sam się boi to musi mieć pomoc do tego
  • podobno mniej bezpieczny od innych platform – czy to plotki to nie wiem, ale słyszałam tak i czuję się w obowiązku ostrzec

O czym pamiętać mają sklep lub stronę na WordPressie

  • regularne backupy
  • kopia zapasowa sklepu na innym serwerze, pod adresem ukrytym przed Google
  • robienie wszelkich zmian i aktualizacji na testowej wersji strony lub sklepu
  • nie instaluj gotowców do zabezpieczeń

Spotkania WordUp w Warszawie

Piotr Całka na Linkedin
InspireLabs
Sitecare.pl – opieka nad stronami i sklepami na WordPressie

Ogrom informacji, które pewnie ułatwią Wam podjęcie decyzji w wyborze oprogramowania do sprzedaży on-line lub stworzenia strony firmowej czy bloga. Z własnego doświadczenia polecam WordPressa w 100% do odpalenia bloga lub właśnie strony, jednak przy sklepie przeanalizowałabym kilka rzeczy, jak np. wielkość sprzedaży, czas na wdrożenie, możliwości finansowe na późniejsze aktualizacje i zmiany. Warto przegadać to ze specjalistą. Ja miałam kilka wdrożeń stron i sklepów na WordPressie (znaczy koordynowałam je) i zawsze rozważam to rozwiązanie.

Jeśli interesują Cię też inne platformy do e-commerce to przesłuchaj odcinki:

Mam nadzieję, że spodobał Ci się ten odcinek. Zapraszam Cię do wysłuchania innych odcinków. Będzie mi tez ogromnie miło za recenzję na iTunes (poniżej tłumaczę jak ją dodać). Jeśli chcesz abym od czasu do czasu podzieliła się z Tobą jakimś fajnym artykułem lub przemyśleniami to zapisz się do newslettera. Moim zdaniem warto! 😉
A tymczasem trzymaj się ciepło i do usłyszenia!

 

 

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

——————————————————————————

Transkrypcja odcinka Strona i Sklep na WordPressie – nie taki diabeł straszny

 

Cześć! Bardzo się cieszę, że znalazłeś tak szybko czas na rozmowę ze mną. Powiedz proszę na początku coś o sobie, nim przejdziemy do tego, o czym chcemy dziś rozmawiać.

Cześć! Dzięki za zaproszenie! Nazywam się Piotr Całka. Od 12 lat jestem profesjonalnie związany z digital marketingiem. Tak naprawdę swoją historię obejmującą projekty, strony internetowe, zacząłem dużo wcześniej. Dzisiaj sobie to podsumowałem, to ponad 20 lat temu wykonałem pierwszą stronę na swoje własne, prywatne potrzeby. Tak się zaczęła historia. Chciałem promować sport, który mnie interesował – rajdy samochodowe. Stworzyłem prostą stronę w HTML-u, patrząc z obecnej perspektywy to było w starej technologii. Działała. Tak w sumie temat mnie pochłonął. Tę stronę rozwijałem przez kilka lat w różnych kolejnych odsłonach, kolejnych technologia. Doprowadziło mnie to do tego, że profesjonalną przygodę zacząłem na trzecim roku studiów, gdzie miałem trochę przestrzeni. Poza godzinami szkolnymi mogłem zacząć pracować. Dostałem pracę w firmie, która postanowiła się rozwinąć o sklep internetowy. To było 12-13 lat temu. Od 2015 roku jestem związany z Inspire Labs, czyli software housem, który dość mocno specjalizuje się w WordPressie. Jestem prezesem i odpowiadam za rozwój tej firmy.

O WordPressie poniekąd chcę porozmawiać. I o sklepach internetowych. Sklep na WordPressie czy sklep na WooCommerce? Jaka jest poprawna nazwa?

To zależy. Zarówno jedna, jak i druga jest poprawna. Sklep na WooCommerce jest bardziej konkretną nazwą określającą moduł, na którym zbudowaliśmy nasz sklep. Można postawić sklep na WooCommerce, czyli konkretnie na wtyczce. To jest moim zdaniem moduł, a nie wtyczka. Wtyczka określa małe rozwiązania. To jest potężny moduł, który pozwala na wiele możliwości. Możemy też postawić sklep na WordPressie, wykorzystując Digital Downloads czy wtyczkę do formularzy – Gravity Forms. Można skonfigurować płatności online i można z powodzeniem sprzedawać. Zarówno jedno, jak i drugie określenie jest poprawne. Sklep na WooCommerce określa konkretnie, że stworzyliśmy sklep oparty o commerce.

OK. Musimy mieć WordPressa. On jest bazą, tak? Później wybieramy czy to będzie WooCommerce, czy coś innego tak?

Tak. WordPress jest bazą. Już dawno przestał być systemem blogowym. Teraz jest to framework tworzenia różnych rozwiązań. Równie dobrze można postawić bloga na WordPressie, ale pozwala on teraz na dużo więcej. WordPress jest bazą. Do niego dodajemy WooCommerce. Dzięki temu mamy tam sklep.

W swoim podcaście miałam dwie rozmowy – o Magento i o Preście. To są duże rozwiązania, prawda? Mówię na to kobyły. WordPress jest dla mniejszych. Mógłbyś powiedzieć czym on się różni od innych? To jest open source. Czym się różni od Presty, od Magento?

Ty mówisz kobyły, ja mówię kombajny. Łatwiej będzie mi porównywać do Magento. O Preście mam mieszane uczucia, więc nie będę się wypowiadał. Widzę dwa główne rozwiązania – Magento i WordPress z WooCommerce. Samo Magento, tak samo jak Presta, to są rozwiązania typowe dla e-commerce. Typowe pod stworzenie sklepu. Jeśli chcemy stworzyć tylko sklep, to możemy się na tym oprzeć. Są to jednak bardzo rozbudowane rozwiązania. Szczególnie Magento. To jest kombajn, który pozwala na bardzo dużo, ale też dużo wymaga. Dużo wymaga, jeśli chodzi o obsługę, zasoby czy rozwój. Na pewno łatwiej znaleźć deweloperów, którzy są w stanie stworzyć coś sensownego na WordPressie. Sam WordPress jest rozwiązaniem, które pozwala zainstalować moduł WooCommerce, ale pozwala też na dużo więcej. Pozwala stworzyć bardziej rozbudowany ekosystem, który można rozwijać w różnych kierunkach. Łatwiej iść w kierunku platformy e-learningowej, strony contentowej.

Często i gęsto jestem pytana o to, na czym postawić sklep internetowy. Po wstępnych pytaniach wiem, że Magento czy inne większe rozwiązania odpadają. Do głosu dochodzi WordPress z WooCommerce albo rozwiązania SaaS-owe typu Shoper czy Shoplo. Co twoim zdaniem jest główną różnicą, która przemawia za WordPressem? Dlaczego to polecać?

WordPress to społeczność. Społeczność tysięcy, może nawet milionów, miłośników, deweloperów, użytkowników platformy, którzy dbają o jej rozwój. Tworzą rozszerzenia, rozwijają system korowy. To jest potężna siła, która sprawia, że ta platforma żyje, rozwija się, jest na czasie. W wielu przypadkach wyprzedza te saasowe rozwiązania, które są. One są dobre do pewnych rozwiązań, pewnych zastosowań. W sytuacji, kiedy chcemy bardzo szybko uruchomić sklep, praktycznie od ręki, to możemy wejść na taką platformę i zacząć sprzedawać. W ciągu kilku godzin skonfigurować sobie sklep i zacząć działać. Musimy mieć świadomość, że bazując na takim rozwiązaniu, jesteśmy mocno uwiązani. Jesteśmy związani z dostawcą, który tworzy takie rozwiązanie. Jesteśmy zależni od tego jakie rozszerzenia dostawca nam udostępni, jakie opcje konfiguracji czy kastomizacji pod nasze potrzeby. Jeżeli chcemy mieć dużą swobodę i elastyczność rozwoju naszego sklepu, chcemy testować różne możliwości marketingowe czy opcje sprzedaży, które są bardziej unikalne, to zdecydowanie rekomenduję pójście w WooCommerce. Chociaż awaria wejścia tez jest niewielka. Można sobie postawić sklep samodzielnie. Wymaga to więcej determinacji niż korzystanie z platformy saasowej, jednak jest to możliwe. Można w ten sposób zacząć sprzedawać, nie wierząc się z jednym dostawcą. Pracując na WordPressie, możemy korzystać z siły społeczności, ta, która tworzy masę rozwiązań, dodatków, które często możemy mieć dostępne za darmo lub płacąc licencje za aktualizację. Dostajemy rozwiązanie takie, jak konkretnie potrzebujemy. Często bardzo unikalne.

Wspomniałeś o tym, że na tych gotowych rozwiązaniach możemy mieć sklep bardzo szybko. Ile trzeba szacować czasu na średnio skomplikowany czy wymyślny sklep internetowy na WooCommerce?

Nie ma złotego środka. Jeśli mówimy o współpracy z firmą, to zdarza się, że sklep można postawić w tydzień. Jeśli obie strony są zdeterminowane. Jak dokładnie określimy co ma powstać i nie tworzymy interakcji rozwojowych. Często okazuje się, że jak stworzymy prototyp, to powstają nowe przemyślenia. Nasz klient dochodzi do wniosku, że może warto spróbować dodatkowo nowe rozwiązanie. W trakcie developmentu czy konfiguracji proponujemy takie rozwiązanie. Dojście do finalnego efektu zajmuje trochę więcej czasu. W miesiąc można postawić taki sklep. To też jest taki czas, gdy inwestor może podpisać odpowiednie umowy z firmą oferującą płatności online czy z firmami przewozowymi. Trzeba liczyć na to około miesiąc czasu.

Czy ja dobrze mówię, że WooCommerce jest o tyle fajną platformą, że można na niej wszystko? Spotkałeś się z takimi życzeniami, marzeniami klienta, który zdecydował się na WooCommerce, bo inne platformy nie dawały mu funkcjonalności? Klientem, który usłyszał, że na WooCommerce można to zrobić? Miałeś doświadczenie, że czegoś się nie dało zrobić?

W dużym stopniu tworzymy dedykowane rozwiązania, więc często mówimy, że wszystko się da, tylko jest to kwestią czasu i budżetu. Z naszej perspektywy dla firmy, która zajmuje się developmentem tego typu rozwiązań, wszystko jest możliwe. Nie zawsze jednak jest to opłacalne. Zdarzają się pomysły, gdzie oczekiwania są specyficzne. Z tego powodu ilość pracy potrzebna na wykonanie takiego rozwiązania jest bardzo duża. Taką potrzebę można zaspokoić gotową wtyczką, której licencja kosztuje kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, a mamy praktycznie to samo. W 90% najczęściej spełnia oczekiwania. Dużo rzeczy jest możliwe. Tę platformę można mocno zcustomizować. Nie zawsze jednak jest to opłacalne. Warto skorzystać z gotowego rozwiązania, które można mieć od ręki.

Jeżeli chodzi o wtyczki, to często spotykam się z taką opinią, zwłaszcza od zwolenników Magento, Presty i innych rozwiązań, że wtyczki do WordPressa są bardzo zdradliwe. Czasem twórca takiej wtyczki albo jej nie aktualizuje, albo ją sprzeda komuś i ten ktoś zrobi tam dziury. Przez te dziury ktoś się włamie. Są zdradliwe pod kątem aktualizacji – tam gdzie jej nie ma, to mogą zagrozić bezpieczeństwu danych w sklepie. Można się od tego uchronić? Są jakieś sposoby na to?

Oczywiście, że można się uchronić. Ten problem dotyczy nie tylko WordPressa. Tak samo dotyczy to Presty i Magento. Dzieje się tak w miejscach, gdzie społeczność tworzy rozwiązania. Do WordPressa tych rozwiązań jest zdecydowanie najwięcej. Z tego powodu trafiają się czarne owce. Warto zwrócić uwagę na to, kto stoi za danym rozwiązaniem. Czy dana wtyczka jest aktualizowana, czy autorzy udzielają się na forum supportowym. Jeżeli jest to komercyjne rozwiązanie, to też czy firma jest wiarygodna, czy widać, że udziela się w społeczności?
Skoro bierzemy coś od społeczności, to też społeczności też chcemy dać coś od siebie. W naszej bliźniaczej spółce w WP Desk-u zespół praktykuje godzinę dla WordPressa lub dzień dla WordPressa. W tej spółce mamy taką regułę, gdzie każdy z pracowników zespołu daje coś od siebie społeczności. To nie jest unikalne podejście, bo wiele firm, które opierają się na WordPressie, chce dawać coś społeczności. Korzystając z tego typu rozwiązań czy ofert firm tego typu, możemy mieć pewność, że rozwiązania są sprawdzone. Jeżeli firma dała ciała, sprzedała swoją wtyczkę, z której korzystają tysiące użytkowników, komuś kto ją później zhakuje, to sam się spali na rynku. Warto korzystać z rozwiązań tworzonych przez tych, którzy dają coś od siebie społeczności. My w Inspire Labs udzielamy się mocno w organizowaniu WordUp w Warszawie. Dzielimy się swoją wiedzą. Nasi pracownicy występują w różnych miejscach, na różnych WordUpach. Staramy się dzielić wiedzą, którą budujemy u siebie. To jest nasz wkład do społeczności.

Też występowałam na jednym WordUpie 🙂 Tam się zresztą poznaliśmy! W Warszawie.
To jest tak samo jak z szablonami do WordPressa. Też trzeba patrzeć, kiedy ostatnio szablon był aktualizowany, czy na komentarze pod tym szablonem, czy twórca się wypowiada i odpowiada na pytania. Są te same zasady.

Dokładnie tak. To samo dotyczy wtyczek i motywów. Ta sama zasada. Warto korzystać ze sprawdzonych rozwiązań. Nie ważne czy one są darmowe, czy komercyjne. Warto sprawdzić autorów. Kto stoi za danym rozwiązaniem, czy się udziela, czy nadal wspiera to rozwiązanie? Czy testuje je na bieżąco z nowymi wydaniami WordPressa, czy WooCommerce? To nam pokaże, czy dane rozwiązanie jest warte naszej uwagi. Na pewno nie warto dać się omamić fajnymi marketingowymi hasłami, że dane rozwiązanie potrafi wszystko. Warto sprawdzić. W szczególności kiedy mamy już działają sklep i chcemy rozszerzyć go o dodatki. Warto na wersji testowej sklepu przetestować wtyczkę i zobaczyć czy takie rozwiązanie nie obciąża za bardzo działania sklepu, czy nie wchodzi w konflikt z innymi mechanizmami, które działają? Dopiero kiedy sprawdzimy daną wtyczkę lub motyw, to instalujemy go na naszym realnym sklepie, który zarabia.

WordPress jest znany z tego, że jest platformą blogową. Teraz jest już popularny jako platforma sprzedażowa, ale wiele osób kojarzy go z blogami. Teraz wiele blogerów tworzy różnego rodzaju produkty, kursy online. Czy można stworzyć na WordPressie własną platformę do sprzedaży kursu online? Coś takiego jak są zewnętrzne, dostępne też w systemie SaaS. Czy tylko da się zrobić sklep z produktami – kup, włóż do koszyka? Czy da się sprzedawać kursy online? Jak wygląda funkcjonalność do kursów online, czyli dostęp w określonym czasie?

Da się. Jest sporo ciekawych rozwiązań. Przyznam, że w praktyce złożyło się, że nie mieliśmy okazji żadnego z nich sprawdzić. Nie mogę się wypowiadać w 100% wiarygodnie, ale myślę, że warto rozważyć LearnDash. To są wtyczki, które mocno się rozwijają i pozwalają na wiele. Mając swój blog i pisząc posty, możemy niewielkim nakładem sił stworzyć platformę do sprzedaży kursów online. Nie tylko kursów online, bo rozwiązań jest dużo. Można stworzyć system rezerwacji, na przykład wizyt. Reklamujemy swoją firmę, gabinet kosmetyczny. Reklamujemy go poprzez content marketing, tworzymy bloga. Uznajemy, że warto by było dać klientom możliwość rezerwowania wizyt. W WordPressie można stworzyć coś takiego, czyli system rezerwacji wizyt. Mogą to być rezerwacje noclegów. Możliwości jest dużo. Często jest tak, że jest pomysł od klienta. Szukamy rozwiązania. Okazuje się, że ktoś już wcześniej na to wpadł. Jest rozwiązanie, z którego możemy skorzystać przynajmniej w jakiejś części. Możemy uniknąć niepotrzebnej pracy tworzenia wszystkiego od podstaw.

Fajnie. Nie wiedziałam, że są wtyczki do e-learningu. Myślałam, że trzeba kodować wszystko od początku. Zwykle to na co wpadniemy, ktoś już wcześniej wymyślił. Tak tutaj też jest. Mówiliśmy o dziurach przy wtyczkach i bezpieczeństwie. Jakie macie sposoby na uchronienie się przed atakami? Załóżmy, że coś nie jest zaktualizowane, pojawia się dziura w systemie i jest możliwość ataków. Czy macie sprawdzone sposoby jak zwiększyć bezpieczeństwo? Zawsze może coś się wydarzyć.

Zawsze może się coś wydarzyć, więc warto się upewnić, że firma hostingowa dba o backupy. Bardzo się cieszę, że zadałaś to pytanie. Dwa miesiące temu uruchomiliśmy markę dedykowaną tym tematom. Marka SiteCare, która zajmuje się wsparciem sklepów WooCommerce i stron na WordPressie. Postanowiliśmy stworzyć dedykowaną markę, aby skoncentrować w ramach jednego zespołu te kompetencje, które rozwijaliśmy u nas już od dłuższego czasu. Wielu klientów potrzebuje wsparcia. Została stworzona strona i trzeba się nią regularnie opiekować. Można to robić samodzielnie. Warto zadbać o wersję testową sklepu czy strony, czyli kopia działającej strony na adresie ukrytym przed Googlem typu beta. Zabezpieczonym w ten sposób, aby roboty, wyszukiwarki nie zaindeksowały naszej skopiowanej strony. Prowadzenie wszystkich działań na tej kopii, czyli wprowadzenie nowych aktualizacji, instalowanie wtyczek, wymiana motywu. Wszystko powinno być tworzone na wersji testowej. Jeżeli po wprowadzeniu danego rozwiązania, przetestowaniu czy wszystkie mechanizmy działają poprawnie, i jesteśmy pewni, że nowe rozwiązanie nie zaburzyło tego, co działało OK, to możemy je powtórzyć na wersji produkcyjnej dostępnej dla klientów. Jeżeli chodzi o techniczne zabezpieczenia, to możliwości jest sporo. Nie chciałbym wchodzić w technikalia.

Może być zbyt nudno 😉

Jedna rzecz, przed którą chciałbym przestrzec – nie instalujcie gotowców do zabezpieczeń typu Wordfence. Nie ma gotowców, które zabezpieczą nam stronę. Były przypadki, gdzie takie gotowce same w sobie zawierały dziury bezpieczeństwa. Zamiast nas chronić, sprawiały pozorne uczucie zabezpieczenia, a tak naprawdę nie zabezpieczały strony tam, gdzie powinny.

Dobrze, że o tym mówisz, bo to jest bardzo ważne. Zwłaszcza jak ktoś się nie zna, to łatwo można przekonać do takich rozwiązań. Ktoś może się nadziać.

Odnośnie programowania i tworzenia stron na WordPressie – nie raz spotkałam się z ogromnym rozstrzałem cenowym. Spotkałam się z tym, że ktoś zaproponował zrobienie sklepu na WordPressie za tysiąc złotych, ktoś inny za 5 tysięcy, a był ten sam brief.
Wordpressa może nauczyć się każdy. Jak rozpoznać czy ktoś się zna naprawdę na tym co robi i można mu zaufać? Czasem warto zapłacić więcej, ale mieć pewność, że wszystko zostanie wykonane jak najlepiej. Jednak jak się nie znamy na tym, to trudno to rozpoznać. Czym się kierować wybierając firmę lub osobę, która zna się na WordPressie?

To trudny temat. Trudno dać receptę. Z mojej perspektywy – osoba czy firma tworząca projekty na WordPressie jest bardziej konsultantem niż programistą. Ważne jest w jaki sposób komunikujemy się z tą osobą. Czy ta firma lub osoba nas słucha i proponuje swoje rozwiązania, a nie ma jednej sprawdzonej metody na wszystko, to dobrze. Ostrzeżeniem może być, kiedy ktoś ma jedno rozwiązanie i tylko na nim bazuje. Na przykład zestaw wtyczek do zabezpieczenia to Wordfence i to wszystko. Bardzo często jest tak, że wiele zależy od sytuacji. Brief jest briefowi nierówny i każdy trzeba przeanalizować w indywidualny sposób. Warto zwrócić uwagę na doświadczenie wykonawcy – jakie projekty wykonał wcześniej. Na pewno warto z tą osobą porozmawiać o tym i posłuchać o jego doświadczeniach. Nie zawsze portfolio widoczne na stronie internetowej jest czymś, co dana osoba lub firma może wykonać. Często nie można chwalić się wykonanymi projektami. Często mamy w umowach zastrzeżenie, że na stronie internetowej nie możemy publikować informacji. W rozmowach indywidualnych z klientem możemy, ale oficjalnie na stronie nie możemy się tym chwalić. To jest naszą bolączką. Warto porozmawiać i zapytać o doświadczenie. Poprosić o pokazanie przykładów. Nie zawsze muszą to być przykłady wykonane przez danego wykonawcę. Mogą to być przykłady, które zna na rynku i może polecić. Warto patrzeć na taką osobę bardziej jak na konsultanta niż na programistę, czy wykonawcę, który bezmyślnie wykona to, co mu narzucamy.

Przychodzę do specjalisty, aby powiedział mi co jest najlepsze, a nie po to, abym ja mówiła nie znając się na temacie. Myślę, że to jest ważne. Będąc takim klientem, osobą, która chce założyć sklep na WooCommerce, to jakie rzeczy powinnam już wiedzieć? Co powinnam mieć zebrane przychodząc na pierwszą rozmowę do takiego konsultanta, aby nie tracić jego i swojego czasu? Co warto wcześniej przygotować i wiedzieć?

Mieć sprecyzowane swoje oczekiwania. Oczekiwania w kontekście sprzedaży internetowej, czyli na jakie rynki planujemy sprzedawać nasz produkt? Jeżeli planujemy sprzedaż na więcej rynków niż na jeden, to do jakich krajów chcemy wysyłać? Czy mamy swoje przemyślenia w sposobie wysyłek, czy chcemy wysyłać kurierem, czy w inny sposób? Jakie metody płatności nas interesują. Oczywiście jakie wersje językowe. To nie są tematy techniczne, tylko bardziej koncepcyjne. Warto mieć pewne przemyślenia w tym zakresie. To są pierwsze rzeczy, które wpływają na pracochłonność. Może już nie dzieje się to tak często, bo klienci są coraz bardziej świadomi, ale zdarza się, że sprzedaż przez internet jest utożsamiana z tym, że możemy łatwo sprzedawać na całym świecie. Oczywiście jest to możliwe, ale musimy brać pod uwagę kwestie podatkowe, które w sklepie internetowym muszą być odpowiednio skonfigurowane, tak aby dany produkt na różnych rynkach był oferowany z odpowiednimi stawkami podatkowymi. Trzeba obsłużyć odpowiednie metody wysyłek na różnych rynkach, czy metody płatności.

To jest bardzo ważne. Mnie się bardzo w WordPressie podoba to, że jest bardzo dużo wtyczek. Każde z rozwiązań, na przykład do wysyłki maili, ma wtyczki do WordPressa. To jest duża zaleta, którą widzę w WooCommerce. O tyle jest dobrze. Po stronie sprzedażowej kwestie związane z logistyką, podatkami czy strefami czasowymi. To też jest istotne.
Powiedz mi dla kogo WooCommerce nie jest? Powiedzieliśmy sobie na początku dla kogo może być i jakie ma zalety. Kto powinien pomyśleć o czymś innym niż WooCommerce?

Trudny temat z naszej perspektywy. WooCommerce jest praktycznie dla wszystkich, chociaż są przypadki, że mówimy klientowi, że lepiej rozważyć inne rozwiązania typu Magento. Na pewno jeżeli klient buduje biznes oparty o dropshipping, czyli nie chce zatowarować sobie magazynu, tylko planuje sprzedawać produkty ze stanów magazynowych hurtowni, z którymi współpracuje, to Magento ma te tematy bardziej rozpracowane. W WordPressie nie widziałem jeszcze dobrego wdrożenia, jeśli chodzi o ten sposób sprzedaży. W dużych, korporacyjnych rozwiązaniach też byłbym ostrożny, jeśli chodzi o WordPress. Walczymy trochę z mitem, że WordPress nie jest dla dużych sklepów. To nie jest do końca prawda. Przykleiła się gdzieś taka łatka i tak jest WordPress czy WooCommerce postrzegany, ale są przykłady, gdzie jest kilkadziesiąt tysięcy produktów w sklepach. Ilość produktów w sklepach nie najlepiej obrazuje wielkość sklepu. Znacznie ważniejszy jest ruch, ilość sprzedaży, a nie ilość produktów. Do pewnych, specyficznych zastosowań lepiej rozważyć inne rozwiązania. To wszystko zależy. WordPress nie jest lekarstwem na wszystko. Jeżeli ktoś chce dzisiaj zacząć sprzedawać, dzisiaj ma pomysł, dzisiaj chce sprzedawać i tego samego dnia chce mieć sklep, to może warto pomyśleć o saasowym rozwiązaniu, chociażby po to, aby przetestować swoją hipotezę biznesową, związana ze sprzedażą produktów danego typu. W dłuższej perspektywie lepiej pomyśleć o własnej platformie, aby nie uzależnić się od dostawcy.

Żyłam w przekonaniu, że WordPress czy WooCommerce nie jest dla dużych sklepów. Skąd ta łatka się wzięła?

To wynika z niskiej bariery wejścia. Zdarza się często, że WordPress jest tworzony z gotowców bez większego przemyślenia. Tworzony z gotowych wtyczek, które są bardzo łatwe do zainstalowania. Tworzą się powtórki, gdzie jest kilkadziesiąt wtyczek, niesprawdzonych. Często robiących to samo. Na gotowym motywie, który sam w sobie jest przeładowany funkcjonalnościami i działa niewydajnie. Tego typu rozwiązanie stworzone po kosztach przez kogoś niedoświadczonego zaczyna sprzedawać na małą skalę. Jest OK, bo jakoś to działa. Serwer daje rade. Przy wzroście sprzedaży okazuje się, że tego typu rozwiązanie jest niewydajne. Zjada dużo zasobów, jest trudne w obsłudze, strona działa wolno. Jest łatka, że to rozwiązanie jest złe, bo nie pozwoli mi dużo sprzedawać. Większy sklep wymaga większej uwagi, większego doświadczenia, jeżeli chodzi o stworzenie tego typu rozwiązania. Do dużych sklepów trzeba podejść z głową. Do małych też, ale małe sklepy, gdzie są małe, początkujące rozwiązania więcej wybaczają. Większy ruch na sklepie obnaża wąskie gardła takiego systemu. Sprawia, że trzeba szukać optymalizacji w różnych tematach. Część wtyczek usunąć, wymienić motyw. Trafiają do nas takiego przypadki, gdzie strona jest toporna, bardzo zaśmiecona wpisami z różnych dodatków, które coś robią, ale nie realizują kluczowych funkcjonalności, na których jest oparty biznes. Czasami zaczynamy od tego, że połowę wtyczek, które są dodane po prostu wyrzucamy. Zastanawiamy się co z tego jest kluczowe dla klienta.

Najłatwiej zrzucić winę na to, co jest przez innych krytykowane, bo nie nadaje się do większych sklepów. Tutaj inne czynniki mają znaczenie. Chociażby serwer – jak się zwiększa ruch, to nie tylko oprogramowanie, ale też wydolność serwera musi być większa. Trzeba popatrzeć też pod tym kątem. Powiedz mi czy to jest prawda – jeżeli instalujemy sobie jakiś motyw, szablon na WordPressa i spotkałam się z opinią, że samemu nie warto tego robić, ponieważ te szablony mają bardzo dużo kodu, umożliwiającego różne wersje. Dodatki, które można włączać i wyłączać. Czy to jest prawda? Można te zbędne linijki kodu usunąć we współpracy z osobą, która zna się na WordPressie?

Zgadza się. Poruszyłaś ważny temat motywów, gotowców, na których można otworzyć stronę. Można powiedzieć są różne szkoły. Jedni mówią, że gotowce są złe i w ogóle z nich nie korzystają. My też najchętniej byśmy tworzyli rozwiązania dedykowane dla klientów. Nie zawsze to się opłaca czy nie zawsze warto inwestować w stworzenie takiego rozwiązania szytego na miarę. Tworzenie motywu od podstaw czy na frameworku często jest rozwiązaniem szytym na miarę. W naszej pracy nie odcinamy się od takich motywów, ale to od czego zaczynamy to optymalizacja. Patrzymy co w takim motywie jest nadmiarowe i co można wyciąć. Pierwszym, najczęstszym celem jest revolution slider, czyli kombajn do tworzenia sliderów. Często okazuje się, że tego typu kombajn wykorzystywany jest do dodania statycznej grafiki pod menu na stronie głównej. Kompletnie mija się z celem. Tego typu rozwiązania bardzo często zastępujemy czymś bardziej wydajnym – kilkoma linijkami kodu albo inną wtyczką, która jest lżejsza i robi tylko to, co jest potrzebne. Nie robi niczego więcej. Na pewno dużą wartością jest to, że tych motywów jest bardzo dużo. Warto być ostrożnym w wyborze. Kierować się tym, czego potrzebujemy, a nie tym, czego możemy potrzebować za rok czy półtora. Ten motyw ma opcje, które fajnie wyglądają w porównaniu do innych motywów. W tabelce przy porównaniu ma więcej ptaszków, czyli więcej funkcjonalności. Każda nowa funkcjonalność to jest dodatkowe obciążenie, które może sprawić, że sklep będzie trudniejszy w optymalizacji. Warto być ostrożnym. Jestem daleki od twierdzenia, że gotowe motywy są złe.

Ile kosztuje – mniej więcej, bo wiem, że to zależy – niewymagający sklep internetowy? Jaki jest średni koszt? Takie widełki, aby móc sobie to przekalkulować. Czy mógłbyś nam zdradzić?

Nie ma tutaj złotego środka. Myślę, że warto planować budżet w przedziale 5-10 tysięcy na sklep, który ma działać sensownie i być rozwojowy. Myślę, że tego typu budżet pozwala stworzyć rozwiązanie, które będzie działało sensownie i będzie przygotowane na rozwój w przyszłości.

Też tak myślałam. Tysiąc złotych za zrobienie sklepu to jest case życia. Bardzo się zdziwiłam, kiedy dostałam taką wycenę. To jest akceptowalne, w porównaniu do dedykowanego, własnego rozwiązania czy Magento. To jest całkiem przyjazna kwota. Prowadząc swój biznes, to jednak wiele czynności codziennych związanych ze sklepem, z jego obsługą, będziemy musieli robić sami. Nie będziemy mogli polegać na programistach, bo nie będzie to opłacalne cenowo. Powiedz proszę, czego warto nauczyć się samemu, chcąc prowadzić sklep na WooCommerce? Takie rzeczy, które nie są trudne, wymagające, a które trzeba szybko zmienić? Czego warto się nauczyć?

Trudne pytanie. Z mojej perspektywy sam WooCommerce jest bardzo intuicyjny. Nie ma specjalnej instrukcji, którą warto przejrzeć, aby się czegoś nauczyć, jeśli chodzi o obsługę sklepu. Obsługa zamówień jest dosyć prosta, jak dodawanie wpisów na blogu. Warto mieć świadomość, że prowadzenie sprzedaży internetowej będzie czasami wymagało przechodzenia pomiędzy różnymi systemami, na przykład systemem dostawcy, systemem płatności. Obsługą tego typu rozwiązań. Ta obsługa porównywalna jest do obsługi konta bankowego internetowego. Jeśli ktoś nie boi się robić przelewów przez internet, to nie powinien bać się prowadzenia sklepu internetowego. Tak bym to porównał.

Dla nas jest intuicyjny, ale dla osób, które nigdy tego nie robiły, to muszą się pobawić. Jak pierwszy raz mamy w ręku smartfona, to też nie wiemy jak się do niego zabrać. Pewnie osoby, które pierwszy raz widzą WordPress i WooCommerce od tej “brzydszej strony” 😉 to też muszą przyzwyczaić, poćwiczyć i spróbować z tym rozwiązaniem.
Mam wielką obawę przed aktualizacją wtyczek. U siebie widzę, że te wtyczki bardzo często chcą być aktualizowane. Jeżeli mam szablon robiony pode mnie i pewnie w większości sklepów internetowych na WooCommerce też tak jest, to aktualizowanie wtyczki może spowodować, że coś się rozwali w tym sklepie. Chcę wiedzieć jak mam robić ze swoim blogiem. Co zrobić z tą aktualizacją? Nie podejmować się tego samemu? Wynajmować kogoś do tego? Faktycznie to może być dosyć niebezpieczne?

Aktualizacje nie są niebezpieczne. Warto mieć wersję testową sklepu czy bloga i na tej wersji testowej sprawdzić aktualizację. Zobaczyć czy jest kompatybilna. Jeżeli coś się zepsuje, to zepsuje się na wersji testowej, a nie działający sklep czy blog, gdzie awaria może wpłynąć negatywnie na wizerunek marki. Warto mieć wersję testową. Wymaga to więcej wysiłku, bo trzeba zrobić kopię, utrzymywać ją, dbać o nią, tak jak o sklep i powielać tę pracę. Jednak to procentuje. Zdarzają się duże aktualizacje, jak przeskok z WordPressa 2.0 do 3.0, gdzie było sporo zmian i wiele autorów wtyczek nie nadążyło z przygotowaniem kompatybilnych wersji do najnowszego WooCommerce. W skrajnym przypadku czekaliśmy pół roku u jednego z naszych klientów, na aktualizację WooCommerca, ponieważ były wykorzystane takie wtyczki, gdzie jedna z kluczowych była nieaktualizowana przez długi czas. Autorzy tej wtyczki nie mieli interesu w tym, aby dostosować ją do najnowszej wersji WooCommerce. Są takie takie skrajne przypadki. Jest to jeden przypadek na wiele, który mieliśmy. To nie jest reguła. Najczęściej jest tak, że te aktualizacje idą bezboleśnie. Oczywiście, jak sklep jest dobrze przygotowany. Są przypadki, kiedy motyw dedykowany został przygotowany tak, że zmiany zostały wprowadzone w głównym motywie, który po aktualizacji został nadpisany. Są sprawdzone metody pracy na WordPressie tak jak motyw potomny, który pozwala uniknąć nadpisywania tych zmian zachowań dedykowanych po aktualizacji. Są przypadki, że raz na jakiś czas może się zdarzyć, że trzeba cofnąć taką aktualizację lub poczekać jakiś czas z aktualizacją produkcyjnego serwisu, produkcyjnego sklepu, który działa i sprzedaje. To o czym warto pamiętać to regularne aktualizowanie. Minimum to raz w miesiącu przeprowadzenie aktualizacji. Może nie od razu jak wychodzi najnowsza wersja WordPressa. Teraz wyszedł WordPress 5.0 z Gutenbergiem. Może warto poczekać, aż wyjdzie wersja 5.1 i dopiero przejść na najnowszą wersję. Przy dużych aktualizacjach zdarza się, że pewne rozwiązania mogą być niedopracowane. Wersja testowa pozwala uniknąć takich pomyłek.

Załóżmy, że boje się zaktualizować wtyczki. Mam sklep i o niego dbam. Czy mogę do was przyjść i u was wykupić usługę aktualizacji jednorazowej? Czy raczej skupiacie się na większych projektach i takimi małymi się nie zajmujecie?

Zajmujemy się też małymi projektami. Uruchomiliśmy markę SiteCare, która zajmuje się aktualizacją i modyfikacjami w mniejszych sklepach czy stronach. Jednorazowa aktualizacja to trudny temat, ponieważ wejście w nowy projekt, którego nie znamy wymaga od nas dużo inwestycji. Jeżeli rozpoczynamy profesjonalną współpracę, to w trybie cyklicznym. Wejść w stałą współpracę, tak abyśmy cyklicznie dbali o tę stronę. Abyśmy mieli zespół, który zna mechanizmy, które zostały zastosowane. W pakiecie możemy zaoferować hosting, tak by strona działa w środowisku, które jest sprawdzone, które my znamy i mamy zautomatyzowane pewne procesy, które ograniczają możliwość wystąpienia pomyłek czy błędów, czy ograniczają ilość pracy przy obsłudze. Jeżeli jest taka potrzeba, to też zdarza nam się aktualizować jednorazowo, bo sklep po dużej aktualizacji przestał działać. Trzeba szybko coś z tym zrobić. Wykonawca, który zrobił sklep kilka lat temu, już się tym nie zajmuje.

Dobrze wiedzieć. Na pewno podlinkuję do strony. Powiedz mi jedną najważniejszą radę dla osób, które myślą o założeniu sklepu i rozważają WooCommerce. Złotą myśl. Coś, co byś powiedział dla takich osób. Tak, aby ułatwić im podjęcie decyzji.

Nie jestem zwolennikiem złotych myśli. Lubię działać. Jeśli ktoś myśli o tym, to niech działa. Niech wchodzi w temat i próbuje sprawdzić czy ten pomysł na biznes zadziała. Możliwości jest dużo. Jeżeli nie mamy idei w 100% skonkretyzowanej, to na etapie wdrożenia jest szansa, że przy współpracy z wykonawcą wypracujemy rozwiązanie czy konfigurację sklepu, która będzie realizowała potrzeby. Wykorzystać sprawdzone rozwiązania na rynku. Jeżeli ktoś boi się, to warto porozmawiać z wykonawcą i zapytać się, co on o tym myśli. Często mamy takie zapytania dotyczące porady. Nawet na etapie zapytania ofertowego. Co myślimy o takim czy takim pomyśle? Czy to zadziała? Czy to możemy wdrożyć? Czy znamy takie rozwiązanie na rynku?

Super. Bardzo ci dziękuje za poświęcony czas i podzielenie się wskazówkami i wiedzą. Podlinkuję do twoich miejsc w sieci, jeżeli ktoś będzie chciał się skontaktować. Życzę dalszych sukcesów, szczególnie z nowym projektem. Do zobaczenia na następnym meetupie.

Dzięki Agata za zaproszenie. Dzięki za miłą rozmowę. Zapraszam na WordUp, który prawdopodobnie odbędzie się za miesiąc, w okolicy połowy marca. Będzie ścieżka biznesowa, czyli nowa ścieżka na warszawskich WordUpach. Zapraszam. Na pewno dużo ciekawych informacji będzie można tam uzyskać.

Super. Podlinkuję do miejsc na Facebooku i na meetupie aplikacji, gdzie można śledzić. Dziękuje raz jeszcze. Trzymaj się!

Dzięki. Cześć!

————————————————————————————

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

Współpracowałeś kiedyś z agencją marketingową? Jeśli tak to wiesz, że jest to często bardzo burzliwy związek. W tym odcinku podcastu o tym właśnie możesz posłuchać i dowiedzieć się jak te burze trochę załagodzić.

 

\

Odnośnie dzisiejszego odcinka to mam takie przemyślenie, że w życiu każdego poważnego przedsiębiorcy przychodzi taki moment że staje przed pytaniem czy zatrudniać pracownika czy zlecić pracę agencji. Poprzez agencje mam na myśli zarówno agencje marketingowe, jak i freelancera (np. tak dobrego jak ja 😉 ). Wszystko ma swoje wady i zalety, A nawet podjęcie tej decyzji ciągnie za sobą kolejne problemy. Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym jak zatrudnić pracownika, jak nim kierować i pomagać mu rozwijać się, to raczej temat na inny odcinek.

W tym odcinku porozmawiam z Ryszardem Jellinkiem o tym jak współpracować z agencją i jak nie współpracować z agencją. Poruszymy takie tematy jak jak nie dać się naciąć na agencję, która zrobi nam więcej złego niż dobrego. Co powinna zawierać umowa podpisywana z agencją i o tym jak nie być klientem burakiem.

To oczywiście tylko kilka zagadnień. Rozmowa była naprawdę bardzo Fajna i chyba moglibyśmy rozmawiać dużo dłużej. Z Ryszardem znam się już od jakiegoś czasu jego rozległa wiedza zawsze powoduje, że rozmowy wciągają na całego. Dlatego tym bardziej zachęcam cię do wysłuchania naszej rozmowy, myślę że dużo wartościowych rzeczy dla siebie wyciągniesz. Zarówno jeśli jesteś pracownikiem agencji, jak i klientem.

W odcinku “Jak (nie) współpracować z agencją?” poruszamy takie tematy jak:

  • Kiedy warto pomyśleć o współpracy z agencją?
  • Kiedy natomiast warto robić rzeczy “in house” czyli budować własny dział ekspertów, np. od SEO?
  • Na co zwracać uwagę przy wyborze agencji marketingowej/interaktywnej?
  • Jak uniknąć złego wyboru agencji zewnętrznej?
  • Co oznacza, że agencja jest profesjonalna?
  • Czy warto ufać niedawno powstałej agencji?
  • Czy młoda agencja ma szansę konkurować z dłużej istniejącymi?
  • Na co zwracać uwagę podpisując umowę z agencją? Co powinno być w umowie, a czego unikać?
  • Jak zmienić agencję?
  • Jakie błędy popełnia klient we współpracy z agencją?
  • Czyli inaczej jak nie współpracować z agencją?
  • Co wchodzi na cenę współpracy z agencją? O czym klient nawet nie wie?
  • Co warto umieścić w umowie z agencją? Na co zwracać uwagę w umowie?
  • Jak nie być klientem burakiem?
  • Jak przygotować brief dla agencji?
  • Jak sprawić by agencja nie chciała z Tobą współpracować?

 

 

Książki o marketingu internetowym polecane przez Ryszarda:

Książka Ryszarda “Trzy filary biznesu w Internecie”
Skuteczne Social Media, Anna Miotk
Zaufanie waluta przyszłości, Michał Szafrański
Zapytaj Gary’ego,  Gary Vaynerchuk
Praktyka brandingu, Maciej Tesławski i Partnerzy
Marketing, Philip Kotler
Przez marketing do wzrostu, Philip Kotler, Milton Kotler,
Zarządzanie kryzysem w social media, Monika Czaplicka

Ryszard podzielił się naprawdę wartościowymi smaczkami z jego bogatej kariery zawodowej marketingu internetowym. Wyobrażam sobie że posiadanie własnej agencji marketingowej to nie lada wyzwanie. Oczywiście jeśli masz jakieś pytania do niego to namiary na niego:
Ryszard Jellinek Facebook https://www.facebook.com/ryszard.jellinek
Ryszard Jellinek Linkedin https://www.linkedin.com/in/ryszard-jellinek/
Agencja interaktywna JELLINEK https://jellinek.pl

Jak (nie) współpracować z agencją

Skąd możesz pobrać podcast Firma On-line?
Podcast dostępny jest :

Zapisz się także na mój newsletter by być na bieżąco, a przy okazji otrzymać fajne prezenty.

A jeśli spodobał Ci się ten odcinek będę wdzięczna za komentarz i podzielenie się tym odcinkiem z innymi osobami, którym jego treść może być przydatna. Będzie mi też miło jeśli poświęcisz chwile i zostawisz krótką ocenę podcastu w iTunes – dzięki temu inne osoby łatwiej dotrą do tego podcastu.

Oceń podcast Firma On-line >>

  • użytkownicy systemu IOS – iPhone, iPad i komputery Mac – wejdź do iTunes i kliknij w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Windows – zainstaluj na swoim urządzeniu aplikację iTunes, kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!
  • użytkownicy systemu Android – wejdź do Google Play, pobierz aplikację Apple Music i kliknij w niej w sklep, tam wyszukaj FiRMA ON-LINE. Możesz ocenić dodając gwiazdki, a także zostawiając komentarz. Dziękuje!

 

Trzymaj się ciepło i do usłyszenia niebawem 🙂

KONTAKT

 

Wysyłając do mnie wiadomość powierzasz mi swoje dane osobowe. Będę dbać o ich bezpieczeństwo i wykorzystam je jedynie do korespondencji z Tobą. Więcej możesz przeczytać w polityce prywatności.